Wyjazdy

Warszawski Festiwal Piwa palcem po mapie.

Warszawski Festiwal Piwa palcem po mapie.

Było kiedyś takie powiedzenie: Pojedziesz. Do dupy, na raki. Było też. Tak, tak, zwiedzisz. Palcem po mapie.
Oba sprawdzają się idealnie do mego dzisiejszego wpiso-poradnika. Na Warszawski Festiwal Piwa nie pojadę, bo jestem trąba.
Dlatego przejdę się po festiwalu niejako palcem po mapie. Z żalem w oczach. Z bólem dupy. Może to mi pomoże. Może to ukoi mój ból. Dla ułatwienia umawiamy się, że mam trzy życia. Jak w komputerowej grze. Pozwoli mi to zdegustować wszystkiego co chciałbym, bez wylądowania w szpitalu.

Wchodzimy na stadion, idziemy na schody i za strzałkami 😉 Na stoisku festiwalowym możemy kupić to i owo, ale my tu wpadliśmy na piwo, więc skręcam w lewo. Stoiko Brokreacji mijamy. Spróbujemy tutaj samych mocarnych trunków. Nie ten czas, nie ten moment. Zaglądamy do KingPin’a, tutaj szybki łyczek dyniowego „Muerto” leżakowanego w beczkach po rumie. Piwo mocne (7 volta), więc ilość degustacyjna i idziemy dalej.

Lądujemy na stoisku Browaru Artezan i zaczynają się schody. Jest co pić, a to dopiero początek. „F jak Funk” to piwo must have na tym festiwalu. Dziki kwasior poleżany w beczkach. To musi być pyszne. Lekkie do tego, więc się nie boimy. Na ten moment wypijemy również „Złoty pisiont”, czyli pilsa chmielonego po amerykańsku. Popijając „złoty pisiont” zaznaczam w aplikacji festiwalowej, by przypomniała mi moment podpięcia na krany następujących piw: „Tranformator”, „Preparat w beczce poleżany” i „Samiec Alfa”, również z beczki.

Idę dalej. Stoisko Chmielarni to piwa Browaru Omnipollo. Drogie to jak cholera, ale spróbować trzeba. Wiecie. BeerGeekowi wypada zajrzeć na to stoisko. Piję kwasa „Apricot Sour Ale”. Wykręciło mnie, jak po LSD, więc poprawiam lodami z piwem. „Ice Cream Pale”. To mieszanka lodów z piwem. Laktoza, owies, pszenica. Dobry, mega pijalny trunek. Lekkie zamglenie zeszło mi sprzed oczu, więc idę dalej trafiając na stoisko wesołej ekipy z wrocławskiego Browaru Profesja. Wypadało by wypić premierowego „Kamerdynera”, ale olewam, bo styl nudny, a głowę ma się tylko jedną. Piję za to „Basistę”, piwo na cześć Lemmy’ego z MotorHead. Zajebiście dobre FarmHouse Ale. Idę dalej, natrafiając na wielką, drewnianą tancbudę. Już myślałem, że to strażacka remiza, a to stoisko chłopaków z AleBrowaru.

Po wymianie zdań z przesympatyczną ekipą spod znaku „HopHeads od Poland” próbuję kooperacyjnego piwa. AleBrowar & Nepomucen. Imperialny Grodzisz. To musi być dobre. Wypiłem go w zasadzie duszkiem. Cudo. Piwo grodziskie po amerykańsku. Na drewnianym stoisku piję jeszcze Imperialną wersję Smoky Joe oraz Kiss the Beast poleżane w beczkach. Świat zaczyna robić się piękny. Panie przeciskające się w tłumie nabrały niepokojących wdzięków. Uśmiechnięty od ucha do ucha trafiam na Browar Stu Mostów. Przy piwie „orkiszowym z marchwią” wymieniamy kilka zdań. Gadamy o mostach, piwie i fajnej oprawie graficznej ich piw. Rozmawia nam się bardzo luźno, a z każdą minutą jest jeszcze luźniej, bo jako drugie piwo na stoisku popijamy żytniego Ris’a w beczce poleżanego.

Nie chcę napisać, że mam w czubie. Choć nie skłamałbym wcale. Biorę więc słone piwo z Pracowni Piwa. Pięćsetna warka z browaru. Biorę piwo i idę posiedzieć. Na trybunie. Na powietrzu. Selfii z murawą i te sprawy. Nawet nie wiem kiedy byłem na stoisku Pracowni po kolejne piwo. Jest nim „Imperial Smoked Trouble”, czyli kolejne dziś grodziskie w wersji imperialnej, na sterydach. Na sterydach to zaczyna być mój mózg. Muszę odpuścić wszelkiej maści „Mr. Hardy” dostępne u Pracowni Piwa. Zaznaczam je w aplikacji, do wypicia później i idę dalej. Idę… Dobrze powiedziane. Oparłem się o bar stoiska Strada Regina, wypiłem dwa pyszne piwa kwaśne i skończyło się. Energii brak. Bak pełny (nalany do pełna znaczy). Muszę skorzystać z drugiego życia. Zostanie mi jeszcze jedno w zapasie.

Odrodziłem się przy stoisku Pinty. Szach Mat counterstrajkowcy. Mam drugie życie. Wypiłem po Pintcie żytniego lagera i American Barley Wine. To drugie piwo, wygrało ubiegłoroczny Warszawski Konkurs Piw Domowych. Piwowar uwarzył to piwo razem z ekipą Pinty. Osobiście. Tego trzeba było spróbować. Pijąc Grand Prix spotkałem kilka osób z Piwnego Lublina. Dobrze się składa. Razem wypiliśmy kooperacyjne piwo Piwnego Podziemia i Trzech Kumpli. Na stoisku tych drugich. American Tripel, czyli Tripadelic. 8,6 % alkoholu. Ładnie się zaczyna to moje drugie życie. Na szczęście na kolejnym stoisku rozłożył się Nepomucen, gdzie orzeźwiłem się najlepszym American Pale Ale w Polsce. Labirytm. Świetne, rześkie piwo. Kilka słów, fajeczka z piwowarem Browaru Nepomucen i lądujemy na stoisku Piwnego Podziemia. Tutaj można by zostać do końca dnia. Wykorzystać drugie z trzech żyć. Ale niestety, piwny festiwal jest brutalny. Tutaj przetrwają tylko twardzi gracze. Piję Grapefruit Berliner, Kiwi and Lime Gose i wędzonego lichtenhainera o wdzięcznej nazwie Smoky. Jeśli nie masz dostępu do piw Piwnego Podziemia, to spróbuj jeszcze Coffelicious Special i podwójna Katastorfę. Ja odpuszczam. Piwa świetne, kosmiczne, ale żyć jakoś trzeba. Przed nami kawał dnia.

Kolejnym stoiskiem, przy którym przystanę będzie Doctor Brew. Oczywiście o ile dostanę Barley Wine poleżakowane w beczce po Bourbonie. Gapie się na nie co wieczór. Napiłbym się go z chęcią, ale menda jestem i zamknąłem w piwnicy. Może w Warszawie się uda. Później szybka piątka z ekipą ze Zwolenia. Browar Maryensztadt jest mi jakoś sercem bliski. Nie znam ich, ale darzę sympatią. Spróbuję u nich angielskiego Barley Wine pod tytułem „Żywot Barley’a”. Pity ostatnio „przemytnik” z Ursy wywalił mnie z butów. Tutaj liczę na to samo, a może więcej nawet.

Na stoisku Dukli koniecznie sprawdzam formę „Nafciarza Dukielskiego”. Jedno z najbardziej torfowych piw jakie piłem. Torf przepijam „Ryanem Goseling’iem”, czyli Gose z dodatkiem wiśni. To u ekipy „Hopium”. Na stoiku „Innych beczek” gratuluję najszybciej w historii polskiego craftu zebraną połówką bańki peelenów (bez stówki). Piję ich Gose i lecę dalej. Na gębie znów pojawia mi się ten głupkowaty uśmieszek wynikający z xx wypitych już w tym życiu piw. „Maję” z Olimpu biorę na stadion. Posiedzę chwilę. Tutaj spytam też kogoś z Bytowa o formę „Polki Pils”. Może łyknę pół szklaneczki. Kocham to piwo. Mam nadzieję, że forma mu wróci. Jej znaczy. Polce. Wracając ze stadionu pukam na stoisko Widawy. Wojtka nie ma. Dokręca gniazdka przy windzie. Ten człowiek nie umie usiedzieć w miejscu. Zawsze musi gdzieś, coś, komuś. Dobrze, że piwa zostawił na stoisku. Po serii piw „Black Kiss” nogi się pode mną ugięły. Energii coraz mniej, mimo że w baku coraz więcej. Jeszcze tylko Master of Grains u ekipy Redenu i wylogowuję się. Wam też radzę. Schody na stadionie strome, a kibli mało, więc spać nie ma gdzie. Lepiej odpuścić. Kultury trochę.

Życie numer trzy. Uwaga, to już ostatnie. Zaczynam od Browaru Podgórz i piwa Czerwona Strzała. Dobry wynalazek. Sącząc ostatnie łyki ląduje na stoisku Birbantów. Fresh IPA chmielona na milion sposobów w jakimś pojeździe kosmicznym. Sprawdzam tez kondycję piwa Dr. IPA. Jedno z lepszych piw, jakie piłem w tamtym roku. Na stoisku Setki koniecznością jest Kapitan Drake. Z ciekawości próbuję również pilsa chmielonego Citrą. Orzeźwiony próbuję Porteru wędzonego ze Stone’a . Idę dalej, łapiąc po drodze białe IPA od Faktorii. Na stoisku Beer Bros. Proszę o Panzer Lagera, do drugiej ręki biorę kwaśne cuda od panów Szałów Piw. Idę posiedzieć chwilę na stadionie. Aplikacja przypomniała mi, że na tym piętrze mam zajrzeć jeszcze do Brokreacji: Na pierwszy ogień „My nam eis IBU” imperialna IPA, próbuję obu wersji RIS’a o wdzięcznej nazwie „grabarz”. Piwa poleżały w beczkach, więc warto spróbować obu wersji, by wyczuć różnicę. Jest dobrze, a przede mną schody na piętro trzecie. Ostatnie. Babushka, to piwo, które rzuciło mi się w oczy na stoisku multitapu „Kufle i Kapsle”. Barely Wine poleżane. Od To Ol. Musi być dobrze. Nie gorzej będzie u Browaru Jana. Smoked Porter i Zajcew, czyli Russian Imperial Stout. Dwa piwa, które już wiem, będą dziś gwoździem do mej trumny. Myliłem się. Gwoździem do trumny był Duży Volt w kooperacji Brodacza z Wiesławem Wszywką. Panem Wiesławem.

Znów ledwo chodzę. Język się plącze. Nie lubię tego stanu. Nie powinno tak być. Muszę zjeść, więc załatwiam to na wyjściu. Po drodze na pociąg. Jak dotrwać do domu? Też macie ten problem?

avatar
Napisane przez

Majk