_DSC1672

Single Hop Lemon Drop. Browar Doctor Brew.

Przechodziłem ulicą. Akurat obok sklepu z alkoholem. Taki zbieg okoliczności. Zbieg…. Okoliczności…. Jasne. Wejdę na moment, to nic nie kosztuje, pomyślałem (na pewno?) i wszedłem do środka. W zasadzie to nie wszedłem, bo już przed drzwiami stała wielka kolejka piwnych geeków.
„za czym tak stoją?” zagadnąłem.
„Lemona rzucili!!!” odparli geekowie.

Stanąłem więc w kolejce i nie przeszkadzało mi zupełnie, że klamka od sklepu uwiera mnie gdzieś pomiędzy lędźwiami a odbytem.
Chmiel Lemon Drop. „Super Cascade”, wypas, jak nowy ciągnik kupiony w połowie za dopłaty z łunii, a w połowie w kredyt pod zastaw przyszłorocznych plonów ziemniaka. Jeśli dodatkowo chmiel ten wrzucony został do najstarszej w historii Ziemi serii super single hopów z najprężniejszego w historii wszechświata browaru Doctor Brew, to ja musiałem stanąć. Nawet z klamką drzwi uwierającą niebezpiecznie blisko odbytu. Stanąłem więc, kupiłem to piwo i w raz z 9 innymi kupionymi przy okazji, przytachałem to wszystko do domu. W jednej foliowej reklamówce. Taki postęp mamy, że 10 piw wchodzi w jedną siatę. Jedynym problemem piwnego geeka jest okresowa zmiana ręki, w której niesiemy piwo. W innym wypadku, jedna ze stron uzyska nam niesymetrycznie duże przyrosty mięśniowe, a to wygląda brzydko i nie modnie.

Jakby ktoś nie widział, to na nienajlepszym zdjęciu wrzuciłem cytrynę w kompozycję. Lemon, to lemon. Niech będzie. Wyszło jak wyszło, ale nie w tym rzecz, bo chodzi o to, że nie miałem zbyt wielkich nadziei. Nie oczekiwałem zbyt wiele. Wystarczająco dużo przyjemności odebrałem od klamki pod sklepem. To po prostu miało być dobre piwo do przyjemnego wysączenia wieczorkiem. I wiecie co? Już wygląd w szkle zapalił mi lampkę, że może być inaczej niż w ostatnich doctorowych wymysłach. Piwo jest klarowne. Rześko złociste, okryte ładną, gęsta pianą.

Powąchane pachnie karmelem, czyli jak wszystkie ostatnie „single hop and sinlge malty” od brwistych doctorów. W tym przypadku jednak jest światełko w tunelu. Zza słodyczy wyłania się cytryna. I to nie ta moja, z fotki. Najnormalniejsza w świecie cytryna pochodząca, mam nadzieję z tytułowego chmielu. Są też jakby jasne owoce. Cieszy mnie to, że coś się tu jednak wyłoniło. Może nie jest to poziom intensywności zbliżony do mojego robienia pompek i przysiadów (odpowiednio 3 i 6 na tydzień), ale jest postęp. Idzie ku lepszemu.

W smaku jest podobnie. Dodatkowo na pole bitwy ze słodyczą wychodzi całkiem niemała goryczka, jak to u brwistych. Goryczka ma ziołowo cytrusowy charakter i ryje gardło jak dżdżownice trawniki po deszczu. Mogę zaliczyć ją na plus. Goryczkę znaczy, nie dżdżownicę. Choć wędkarze mogą być innego zdania, to olewamy temat, bo jak mówi stare chińskie przysłowie: „Kto robaka bez przymusu do ręki bierze, ten ma minus 20 do wiarygodności”.

Do wypicia, choć jeśli kochacie cytryny, to zawińcie rodzinie z herbaty, bo tutaj nie odnajdziecie ich tyle, co sugerować by mogła nazwa.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *