Piwa codzienne

Sen nocy letniej z browaru VIS

Sen nocy letniej z  browaru VIS

Lato. Ulubiona pora roku wszystkich Polaków. To właśnie w letni wieczór powstał „mięsny jeż”. W lecie też powstał mój syn, więc lato ma u mnie wielkiego plusa. Napisałbym, że lato ma propsy, lecz boje się używać słów, których nie rozumiem. Ustalmy. Lato jest spoko.

Już od czasów Mikołaja Kopernika w piwnej blogosferze trwa zażarty spór o to, czy piwo smakuje lepiej w lecie, czy w zimie. Podobny spór trwa również w blogosferze kulinarnej. Cztery miliony polskich blogerek kulinarnych uważa, że jak „goloneczka” to tylko zimą, natomiast pozostałe sześć milionów jest raczej zdania, że wyłącznie krewetki. W lipcowy ciepły wieczór. Nie gardzę goloneczką, krewetki też kocham, lecz o piwie jest to wpis, więc o piwie zacznę pisać.

Okazuje się, że jedna z dziesięciu milionów kulinarnych blogerek ma męża. Reszta nie ma, bo całe swoje życie spędza na robieniu pięknych zdjęć porannym kanapkom. Skupmy się na tej jednej. Zamężnej. Okazuje się, że mąż ma niezły lot w głowie i postanowił warzyć piwo w domu. Chwała ich związkowi, gdyż niejedno małżeństwo legło w gruzach po tym jak płynne drożdże postanowiły wyleźć akurat na dopiero co kupiony dywan. Dywan kupiony na 30 rat, więc sami widzicie. Piwowarstwo domowe, to dla związku nie przelewki.

Mąż, jak się okazało ma do piwa talent, bo piwa wychodziły mu coraz lepsze. Pod ogromną presją fanów (rodzina i dwójka znajomych) postanowił, że dobre piwo musi mieć jakąś nazwę, a i browar, choć domowy, to też nazwać trzeba. Tak powstał browar VIS. Dlaczego VIS? W swej nonszalancji napisałbym, że pojęcia nie mam. Nie napiszę jednak, bo wiem. VIS to z łaciny siła. Ale nie o nią tu chodzi. Okazuje się, że „mąż piwowar” ma w głowie drugi lot. To historia i militaria (czy to jeden lot, czy już dwa?). VIS to rodzaj broni palnej. Pistoletu.

Z pasji tej wynikły kolejne nazwy piw. Nazywały się kolejno „Czarny mnich”, „Grom” i „Śmigło”. Po szczegóły odsyłam choćby tutaj, ale nie o militariach dziś chcę pisać. O militarnych piwach również nie. Pamiętacie jeszcze, że około tysiąca słów wcześniej, w tym wpisie pisałem coś o lecie? Pisałem o nim nie przez przypadek. Otóż, okazało się, że „mąż piwowar” i „jedyna w Polsce zamężna blogerka kulinarna” weszli we współpracę przy warzeniu piwa. Tak powstał „Sen nocy letniej”. Piwo w stylu Wit. Piwo białe, choć ładniej i powabniej nazywać je „biere de blanche”. Belgijskie piwo górnej fermentacji. Często z dodatkiem kolendry i skórek pomarańczy. Piwo pyszne, orzeźwiające. Lekkie. W sam raz na letnie dni.

Piszę ten tekst 16 grudnia, a „Sen nocy letniej” spożyłem dzień wcześniej. I wiecie co? Cieszę się. Piwo to przypomniało mi lato. Piękny trunek o słomkowej barwie. Okryty gęstą i wysoką czapą piany. W zapachu jest wszystko to co powinno być. Pachnie to mniej więcej tak, jak wtedy, gdy natarłem się kolendrą, skórką pomarańczy i poszedłem w środku letniej nocy biegać po polu pszenicy. Zróbcie to kiedyś. Choć raz w życiu. Będziecie wtedy wiedzieli, jak powinien pachnieć witbier. Zza pszenicy i przypraw wychodzą lekkie cytrusy. To chmiel. Nowofalowy. Amerykański. Kumple Obamy nazwali go Citra. Ciekawe dlaczego?

Przed pierwszym łykiem spojrzałem na parametry piwa. Ekstrakt to „piętnastka”. Drożdże użarły z tego tylko 4.8 % alkoholu. Nie to, że mi przykro, bo alkohol łba nie urwie. Nie o to chodzi. Bałem się, że piwo będzie słodkie. Nie potrzebnie. Już pierwszy łyk pokazał, że słodko to tu nie jest. Jest rześko i lekko. Jak na Wit’a przystało. Podstawą smaku jest pszeniczny słód, ale pamiętać musimy, że w piwie palce swe maczała blogerka kulinarna (mam nadzieję, myła ręce). Podczas procesu warzenia robiła na bloga wpis o zdrowym śniadaniu. Traf chciał, że do „mężowego” gara z gotującym się piwem dosypała płatków. Pszenicznych i owsianych. Teraz oboje udają, że tak miało być. I dobrze, bo płatki nadały piwu fajnej gładkości. Brawa. Grunt, to mieć rękę. Do gotowania oczywiście. Nad słodową podstawą piwa, czuwa fajna goryczka. Dość mocna, o lekko cytrusowym, a lekko trawiastym charakterze. Dzięki niej każdy kolejny łyk jest tylko formalnością.

Odkąd stałem się najbardziej znanym na dzielnicy piwnym smakoszem, to zawsze robię jeden trik. Powstrzymuję swe alkoholowe zapędy wchłonięcia całej szklanki jednym łykiem. Ostatnie dwa łyki odstawiam na 15 minut. Niech się ogrzeją. Często, to właśnie te dwa łyki zaskakują mnie najbardziej. „Sen nocy letniej” mnie nie zawiódł. Dwa ostatnie łyki były tak pomarańczowe w smaku, że gdybym miał drugą butelkę tego piwa, to wsadziłbym ją do piekarnika celem ogrzania. Na chłodno świetne piwo, na ciepło urwało mi łeb.

Edyto i Wojtku . Współpracujcie dalej. Przy piwie. Nie przy piwie też. Tylko jeśli chcecie jeszcze przez jakiś czas się wysypiać, to się zabezpieczajcie. Wasze zdrowie!

avatar
Napisane przez

Majk