India Pale Ale Piwne Freaki Reden

Reden. 90 minut w godzinę. India Pale Ale

Reden. 90 minut w godzinę. India Pale Ale

Jestem typowym praktykiem. Coś jak blondynka w samochodzie. Ona wie, że auto ma jechać do przodu. Tyle. Leje się mu jakiś płyn do baku i samochodzik bryka (jaki płyn, do jakiego baku, to już wiedza nie do końca potrzebna). Blondynka nie musi wiedzieć, że opony zimowe są na zimę i w okresie wiosennym trzeba odstać w kolejce do stacji wymiany opon. Ona tego nie wie, bo wiedzieć nie musi.

Tak jak z piwem i mną. Moja wiedza na temat procesu warzenia piwa tylko lekko wybiega ponad wiedzę blondynki o samochodzie (a może to podobny poziom). Wiem, że składniki na piwo się waży, by później piwo uwarzyć. Wiem, też, że chmiel na goryczkę ląduje w warzonym piwie wcześniej, chmiel na aromat później. Zdawało mi się też, że trwa to coś koło 60 minut. Godzinę jak w mordę strzelił. Coś jak trzy tercje w hokeja. Mecz znaczy. Ale wiecie? Blondynce w aucie też się często wydaje.

Jakiś czas temu piłem piwo „60 minut na godzinę”. Wszystko mi się tam zgadzało. Piwowar Browaru Reden słał przy kociołku pełną godzinę i wrzucał do piwa chmiel. Non stop. Coś jak karmienie kaczek. Urywasz okruszek i wrzucasz do rzeki. Patrzę ja dziś w sklepie, a tam ktoś pomylił hokeja z piłką. Nożną piłką. 90 minut? Na godzinę? Ale, że co? Że gdzie? Że kiedy?

Przedostatni dziś raz, pójdę w „szowinistyczne” porównanie do blondynki i samochodu. Moja wiedza jest zbyt mała by ogarnąć, że samochód ma kierunkowskazy. Nie wnikam w to „90 minut”. Dla mnie, jako praktyka ważne jest, że piwo dobre. Mogło być chmielone i 100, 200 minut. Tysiąc nawet, choć gdzieś w sieci naczytałem się, że gotowanie piwa dłużej niż trwa mecz piłkarski, nie ma większego sensu.

Z wyglądu ładnie, bursztynowo, z bujną i gęstą pianą. Oblepiła szkło jak stare baby szyby w „Biedronce”. W zapachu jest lekko słodko, multiwitamina, toffi. Ale. Ale, chmielu też tutaj nie brakuje. Owoce. Może tropikalne, choć bardziej skłaniałbym się ku naszym lokalnym tropikom. Czereśniom? Jabłkom? Winogronom? Możecie się śmiać, że blondynka na parkingu pod hipermarketem (ostatni raz już), ale tak mi tutaj pachnie. Intensywnie i przyjemnie, ale ciągle mózg mi mówi, że to rodzime owoce.

Smak. Smak, to już chmielowa strona mocy. Owoce idą bardziej w tropiki, do owoców dołącza ziołowość i las. Żywica. Chmiel tutaj dominuje, ale w pozytywnym słowa znaczeniu. Tego szukam w piwie. Jeśli tak to ma wyglądać, to niech piwowarzy karmią te kaczki nad rzeką. Niech wrzucają chmiel non stop. Continuous hopping, zrobiło tu robotę, a nie pisałem jeszcze o goryczce. Ta jest w piwie wyraźna, ziołowo cytrusowa. Mocno kontruje to co nam tam pachnie lekko słodyczą na początku. Ale w żaden sposób nie zalega. Nie przeszkadza.

Co tu pisać. Mimo moich braków w wiedzy piwowarskiej, wiem co mi smakuje. A „90 minut w godzinę” smakuje mi bardzo. Świetnie nachmielone piwo (to nie jest synonim dla słowa „dowalone chmielem”). Udany eksperyment. Wasze zdrówko.

avatar
Napisane przez

Majk