Deer Bear India Pale Ale Piwne Freaki

Deer Bear. Yam Yam White IPA.

Deer Bear. Yam Yam White IPA.

Takie piwa to ja lubię. Z wejścia je lubię. Coś jak wejście do wiejskiej dyskoteki. Wiesz, że będzie dobrze. Wiesz, że będzie się działo. Wiesz też, że bez względu w jakim stanie obudzisz się rano, to na pewno przeżyjesz przygodę. Nie zmarnujesz czasu, choćbyś miał go spędzać na zbieraniu zębów na „przeddsykotekowym” parkingu.

W tym nieco zakręconym wstępie nie chodzi o porównaniu uroczej pandy Yam Yam z obrazka, do opasłej dziołchy z wiejskiej dyski. Chodzi raczej o to, że to co wyczytałem na etykiecie od razu mnie urzekło. Wiedziałem, że to piwo dostarczy mi wrażeń. Jeszcze nie wiedziałem jakich. Wiedziałem, że dostarczy. Jeśli nie używasz piwa do rozbijania nim czyjegoś łba, to pierwszymi wrażeniami jakie Ci ono dostarczy, są wrażenia tak zwane wizualne. O wygląd chodzi. Tak ściślej. Wygląd jest spoko, bo przecież mętne piwo o brzoskwiniowej barwie, dla piwnych geeków jest spoko. O pianie nie pisze, bo mało jej jak hajsu w budżecie Państwa.

Za to w zapachu zaczynają dziać się rzeczy fajne. Pamiętamy, że wraz z pierwszym siorbnięciem nosem, przekraczamy próg dyskoteki. Będzie się działo. I dzieje się. Zboże i tony owoców. Raczej słodkich. Dojrzałych. Tropikalnych. Całość przegryziona nutą limonki. Czuć tutaj coś jeszcze. Domyślam się, że może to być liść bambusa, ale był bym zwykłym bambusem, gdybym stwierdził, że jestem tego pewien. Nie wąchałem nigdy bambusowych liści, więc nie mogę ściemniać, że ten zapach to właśnie to. Znaczy ściemniać bym mógł, ale po co. Ogólnie. Zapach jest wypasiony, jak krowy, które mijam co niedzielę jadąc na mszę przeznaczoną dla dzieci. Nie wiem dlaczego ta msza nazywa się, że jest dla dzieci. Ona jest całkiem normalna. Jak każda inna msza. Ale to chyba nie jest tu ważne. Krowy i wypas są ważne.

W smaku krów jest jeszcze więcej. Wypasu znaczy. Pamiętajmy, że Yam Yam to pszeniczna IPA. I tę pszenicę tu czuć. Fajnie, zbożowo. Lekko kwaśno. Tuż za tym idą delikatne nuty przyprawowe. Pobudzając kubki. Smakowe kubki. Te to mają przesrane w tym piwie. Smaków jest tu tyle, że trzeba robić na 110% by to obrobić. By dać do mózgu sygnał, że tutaj to nie ma lekko. Że jest orgia. Wróćmy do pikantnej nuty. Tuż za nią jest słodycz. Taka karmelowa, lecz przyjemna. Ramie w ramię ze słodyczą karmelową stoi słodycz owocowa. Wszystko to przeplata lemonkowe orzeźwienie, a całość tej inwazji akcentuje przyjemna, lekko trawiasta goryczka. Goryczka przyjemnie kontruje całość, którą określałbym raczej jako słodką. Wypas. Świetne piwo.

avatar
Napisane przez

Majk