Piwne Freaki Pszeniczne Ale Wąsosz

Albert z Wąsosza

Albert z Wąsosza

Zanim wypiłem pierwszy łyk tego piwa podjarałem się jego etykietą i nazwą, lecz o tym pod koniec wpisu. Aby to wszystko ogarnąć, muszę cofnąć się na moment do przeszłości. Pscycholog kazał mi pisać i mówić o tym co ma na mnie zły wpływ, więc piszę. Nienawidziłem fizyki. W liceum uczyła mnie jej stara baba, która była tak stara, że mogła znać tytułowego Alberta osobiście. Była niestety tak wredna, że ani diabeł, ani aniołki nie chciały jej u siebie, więc Kostucha zwana śmiercią omijała ją szerokim łukiem. Baba siała jedynkami na lewo i prawo bez większej logiki. Zraziła mnie do fizyki doszczętnie. W podstawówce lepiej nie było. Fizyki uczył mnie facet, który wyglądał i zachowywał się jak Forest Gump. Wszyscy mieli z niego ubaw, ale do czasu. Pewnego dnia, ktoś z ostatnich ławek rzucił na lekcji fizyki gumką w kujonów z pierwszej ławki (we mnie? we mnie gumką?;). Gumka jednak nie sięgnęła celu, za to odbiła się tak niefortunnie od biurka, że trafiła „Foresta” prosto w łysinę. I się zaczęło. Gość dostał furii. Wszystkie smutki, jakie spotkały go w smutnym życiu wezbrały i znalazły ujście na tej właśnie lekcji fizyki. „Forest” złapał linijkę, dorwał pierwszego z brzegu chłopaczka i tak go wychłostał po rękach, że gość kilka tygodni nie chodził na wuef. WTF. Prawdziwy ukryty psychol. Najgroźniejszy dla społeczeństwa. Jak tu lubić fizykę po takich przejściach?

Kur.. wracam do piwa, bo o piwie miało być, a nie o moich lękach „fizykowych”.
Albert jest w moim odczuciu piwem świetnym. Co prawda po nalaniu go do szkła piana jest jakaś taka mizerna z wyglądu, niczym „fizyk Forest”. Dodatkowo po minucie opada zostawiając na powierzchni szkła liczne zakola (znów jak u „fizyka Foresta”). Ale na szczęście wraz ze zniknięciem piany, kończą się negatywy tego piwa. Aromat to żywiczne amerykańskie chmiele, zza których wyłania się weizenowy goździk. Mistrzowski zapach. W smaku jest jeszcze lepiej. Powyższą żywicę z goździkiem wzmaga lekki smak mango i słodkawych owoców tropikalnych. Alberta pije się świetnie i z każdym łykiem czuję się tak samo szczęśliwy jak w czasach, gdy popijałem napoje w woreczkach kupione w szkolnym sklepiku za kasę przyoszczędzoną na niekupieniu drożdżówki. Całość dopełnia lekka goryczka, lecz w ciekawy sposób słodkawa (znów mango?). Albert nie ma żadnych negatywnych posmaków i powęchów (jak smak, to i węch). Nie ma tu weizenowej kwaskowości, która często przechodzi wręcz w aptekę, której nie lubię. Jest sam czysty amerykański posmak i powęch z goździkową nutą. Naprawdę jestem pod wrażeniem.

Piwo jest zdecydowanie piwem sesyjnym. Kojarzy mi się z miłym wieczorem po upalnym dniu i już nie mogę się doczekać, gdy po takim właśnie upalnym dniu siądę na balkonie z zimnym Albertem w szkle (hmm. „Zimny Albert”  uwzględniając poniższy akapit kojarzy mi się z jakże popularnym swego czasu określeniem „zimny Leszek spod Wawelu”).

Jak obiecałem na początku wpisu, teraz kilka zdań o etykiecie i nazwie piwa Albert. Jeśli ktoś z browaru nazwał je tak z premedytacją to pokłon w jego stronę (a wiemy, że tak właśnie było 😉 ). Idealna metafora do czegoś (kogoś) wielkiego i wybitnego . Dodatkowo odniesienie idealne, gdyż jest to połączenie czegoś (kogoś), kto wywodzi się z Niemiec, a dopiero dzięki wpływom USA zapisał się w historii ludzkości. Tym kimś jest Albert Einstein, którego przedstawiać nie trzeba. Nazwa plus wąs na etykiecie kojarzą się dobitnie. Odniesienie idealne do piwa, gdyż Albert jest Weizenem o korzeniach niemieckich, lecz dopiero po uzupełnieniu go amerykańskimi chmielami piwo staje się ponadprzeciętne. Niesie ze sobą emocje. Zupełnie jak nasz wąsaty naukowiec. Gdyby nie wyemigrował do Hameryki, pewnie dziś Albert z Wąsosza, nie nazywałby się Albert 😉

 

_DSC0363

Browar: Wąsosz

Styl: American Weizen

Wysokość ekstraktu: 12,8

Zawartość alkoholu: 4,9%

IBU: 30

Piana: Niska, o słabej struktiurze po chwili brak piany

Barwa: Złota. Zmętniona

Temperatura: 8 st. C.

Cena: 7.2 zł

avatar
Napisane przez

Majk