Piwne Freaki Piwne podziemie Session Pale Ale

Piwne Podziemie Tropicalia Session IPA

Piwne Podziemie Tropicalia Session IPA

Podziemie kojarzyło mi się z nieudacznictwem. Weźmy na przykład takiego mnie. Dobrych kilka lat napierniczałem muzę z winyli. Techno znaczy się grałem. Z płyt winylowych. Zwiedziłem cały kraj. Dziesiątki, jak nie setki klubów. Serce podpowiadało, że chciałbym kiedyś zagrać nie przed tysiącem, a przed 50 tysiącami ludzi. Na Love Parade, na Ibizie, czy na ulicznym festiwalu w Nowym Jorku. Nigdy mi się to nie udało. Byłem wtedy przekonany, że jestem z podziemia. Underground. Nie biorą mnie tam, bo jestem niszowy. Nie myślałem wtedy o tym w kategoriach „nie biorą, bom za słaby”, nie biorą, bo są tacy, co grają z 4 gramofonów na raz, a ja ogarniam ledwo trzy. Są tacy, co wydają kupę dobrej muzy, a ja nie wydaję nic. Aby to dostrzec potrzebowałem dystansu. Jakieś 15 lat dystansu.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że poznałem Podziemie, które zmieniło mój pogląd. Podziemie Piwne. W zasadzie to na odwrót. Na odwrót w sensie, nie że to ono poznało mnie, a na odwrót, w znaczeniu, że poznałem Piwne Podziemie. Mój pogląd, że Podziemie jest wymówką słabych padł w gruzach. Legł jak mur berliński. Piwne Podziemie to taka potęga pierwiastka. Całkowite zaprzeczenie mej tezy.

Ekipa nie pcha się na afisz. To afisz chce ekipę. Warzą piwo za piwem. Jedno lepsze od drugiego, ale zdarzają im się perły. A jak wszyscy wiemy perły wśród piw to nie to tamto. Nie w kij dmuchał. Jedną z pereł jest Tropicalia. Sesyjna IPA. IPA tak pijalna, że powinni ją polewać jako test na zakończenie terapii uzależnień alkoholowych. „Jest Pan wyleczony? To masz Pan szklankę Tropicalii? Aaa, jednak? Chciałby Pan drugą? Nic z tego!! Do izolatki, marsz. Leczymy dalej”. Oczywiście przykład wyrwany z dupy, bo druga szklanka Tropicalii to pikuś. Trzecia, czwarta. Żaden problem.

Jedno z bardziej pijalnych piw, jakie przelałem przez gardło. Wyraźny smak cytrusów, wzbogacony lekką słodową podstawą. Dość wodniste, lecz w przyjemny, orzeźwiający sposób. Goryczka tylko dopełnia dzieła. Mocna, cytrusowa. Orzeźwiająca.

Ale, ale. Z tego wszystkiego nie napisano tu nic o zapachu. Zapach to owocowa, chmielowa bomba. Piwo pachnie tak, że bez grzechu można by je wylać przez okno tuż po wąchaniu, a i tak bylibyśmy zadowoleni z przeżyć. Przynajmniej za pierwszym razem, bo już za drugim? Nigdy w życiu. Za drugim razem wiedzielibyśmy już co tracimy nie próbując go.

Piwo stare jak świat. Legenda już (ma z pół roku). Brawo dla ekipy z Lubelszczyzny. Kolejne warki robią wciąż tę samą robotę.

avatar
Napisane przez

Majk