India Pale Ale Pinta Piwne Freaki

Pinta. Brett IPA.

Pinta. Brett IPA.

Myśleliście, że zginąłem w wypadku? Że uciekłem przed płaceniem haraczu na 500 plus? Nie, nic z tych rzeczy. Codzienność mnie przygniotła. Znaczy, nie to, że jakoś psychicznie przestałem być wydolny. Że wpadłem w deprechę, czy coś. Nic z tych rzeczy. Hajs zarabiam wzmożenie. Po prostu. Praca. A, że kocham rodzinę, to pisanie o piwie dostało cięcie. Cięcie czasowe. Blog cierpi, a Wy odpoczywacie od mych głupot. Ale niech nikt nie myśli, że nie popijam dobrego piwa. Że odpuszczam. Że tatrę walę wyłącznie. Zakaz takiego myślenia.

No. Pogadałem, a kilka słów o piwie napisać muszę. Muszę, bo świetne piwo. Kolejne pyszne piwo. Brett IPA. Brett od drożdży. Dzikich jakichś. Jak ludzie ze wschodu. Dzikich jak ptaki w lesie. Jak mrówki w mrowisku. Rozumiecie? Wolnych drożdży. Takich co robią co chcą. Przynajmniej tak im (tym drożdżom) się wydaje. Robią robią i przy robocie wydzielają różne związki. O co dokładnie chodzi zostawiam chemikom czy innym naukowcom. Ja jako miłośnik piwa muszę wiedzieć, że robiąc swoją robotę dzikie drożdże wytwarzają aromat i posmak ziemisty, a jeśli drożdże są dzikie jak tłumy na lotnisku w Radomiu, to nawet są to zapaszki i smaczki końskiej kupki. Tak tak. Kupki. Szaleństwo jakieś, ale są ludzie, którzy się w tym lubują 🙂

Tutaj drożdże też popracowały. W aromacie i smaku ziemisto stajenne posmaczki są, ale cały wpis zacząłem niejako od tyłu, bo to wcale nie oddrożdżowe klimaty grają tu główne skrzypce. Główne skrzypce gra tu chmiel. Niczym Vanessa Mae. Niczym pół filharmonii. Jest świetnie. Owoce. Od gruszek, przez winogrona, skacząc przez mango, aż po cytrusowe klimaty. No mega. Mega. Wspominane wcześniej sprawy końskie idealnie uzupełniają całą tę ferie nadając jej agresywności. Goryczka. Mocna, grejpfrutowa. Nadająca piwu kolejny wymiar. Niebo w gębie. Spadam robić w korpo. Będę tu zaglądał.

avatar
Napisane przez

Majk