Pinta Piwne Freaki

Pinta. Kwas Epsilon.

Pinta. Kwas Epsilon.

Chwalo to w internecie i chwalo, to postanowiłem wypić ciupkę. No. Szklaneczkę. No. Butelkę. Nabyłem jedną drogą kupna i postanowiłem orzeźwić się tym trunkiem między jednym, a drugim niedzielnym spacerem z dzieckiem. Wiecie. Spacer z dwulatkiem, to się tylko spacerem nazywa. W rzeczywistości jest to walka, ciągły bieg przełajowy. Dodatkowo, jak mieszka się na wsi takiej jak ja, to bieg przełajowy przeobraża się w bieszczadzki „bieg rzeźnika”. Uczestnicy biegu rzeźnika mają łatwiej. Im po biegu, nikt nie każe wracać do domu z dzieckiem na jednym ręku, a z rowerkiem dziecka w ręku drugim. No ale nie o tym.

Usprawiedliwiony, wychyliłem więc kieliszek Kwasu Epsilon w piękną, ciepłą niedzielę. Ciemnozłoty, mocno zmętniony trunek, z lekką pianą na wierzchu. Kwaśnych piw raczej nie wącham, tym bardziej, że styrany byłem. Mamy tu owoce od chmielu, i kwaśność. Mocno zaskoczył mnie jednak smak tego piwa. Nic mnie nie wykręciło, nic mi nie ścierpło. Piwo okazało się mocno owocowe, a owoce to nie jakieś tam kwachy, a słodkie i dojrzałe owoce tropikalne. Kwachy cytrynowe oczywiście też są odczuwalne. Kwachy, pochodzące od kwasu, mlekowego również. Ale nie jest tak, że kwaśność dominuje tu smak, jak królowa waleta w karcianej partyjce. Co więcej. Piwo to wcale nie jest wytrawne. Wręcz odwrotnie. Jest pełne, gęste, oleiste wręcz. Całości dopełnia, wcale nie mała goryczka. Mega. Mega, pozytyw. Jak dla mnie, najlepszy kwas od Pinty.

avatar
Napisane przez

Majk