Cascadian Dark Ale (Black IPA) Pinta Piwne Freaki

Pinta. Hopus Jumbo

Pinta. Hopus Jumbo

Już od najmłodszych lat podobało mi się wszystko co Jumbo. Jak sikałem w pieluchy to w mym życiu ważną rolę odgrywał Słonik Jumbo o komicznie wielkich uszach. Przyznam, trochę się tych uszu bałem, ale to pewnie dlatego, że miałem w szkole gościa o podobnie wielkich uszach. Rudego w dodatku. Później przyszedł czas Jumbojetów, czyli takich super ekstra wypas samolotów. Wiecie jak jest, każdy chłopczyk marzył by zostać pilotem.

Myślałem, że w życiu nie przydarzy mi się już nic co Jumbo. Baa, nawet zapomniałem o istnieniu tego słowa. Do pamiętnego marca roku pańskiego 2016. W tymże marcu, w ręce wpadło mi piwo Hopus Jumbo. I wspomnienia wróciły. Nie chciałbym tu pisać o nocnych moczeniach związanych z rudym o wielkich uszach. Wróciły wspomnienia pozytywne. Ciepło mi się na sercu zrobiło. Jeszcze ciplej zrobił mi fakt, że wspomniany Jumbo Hopus jest to mile wspominany Hopus Pokus, ale dopierdzielony lekko sterydami. To już nie Black IPA. To już Imperial Black IPA.

19,1 ekstraktu, to nie mało. 7,9% alkoholu, to również nie w jajo dmuchał. Kawał piwa. Przelany do szkła „kawał piwa” prezentuje się ślicznie i zwiewnie jak czarna klacz podczas pokazu dla szejków. Milion dolarów za ten wygląd bym nie dał, ale popatrzyłem z chęcią kilka chwil. Cudo.
Jak się okazało, cudo nie pierwsze tegoż wieczora. Już po otwarciu butelki (widelcem, a jakże) po okolicy rozniósł się zapach iglaków, cytrusów, prażonych nasion. Jest też czekolada, są rodzynki i kakao. Każdy, ale to każdy, nawet najbardziej zagorzały impotent węchowy znajdzie tutaj coś dla siebie. Cała feria aromatów.

Przejdźmy do smaku. Niczym dziecko z gejowskiego związku informatyka z fizykiem rozłożę go na czynniki pierwsze. Na fazy znaczy. Po ojcu. Fizyku. Pierwsza faza łyka to czekolada. Ale tylko na chwilę. Zaraz za nią do głosu dochodzą pozostałe nuty palonych słodów. Kawa, kakao i lekko kwaskowość. Z tej kwaskowości droga już bliska do słonecznikowego posmaku, sosnowego lasu i delikatnych cytrusów. Całość wieńczy niezbyt mocna, choć wyraźna goryczka. Goryczka w stylu popiołowym, lekko trawiastym. Wszystko uzupełnia się fajnie, ładnie i przyjemnie. Nic nie dominuje, nic się nie rozpycha. Dokładając do tego pełnię i świetną aksamitność tego piwa wynika mi, że powtórzę je przy najbliższej okazji.

Wasze zdrówko. Zdrówko Pinty również. Lada moment stuka im 5 lat działalności.

Zdrówko wypijmy Hopusem Jumbusem oczywiście.

avatar
Napisane przez

Majk