American Pale Ale Nepomucen Piwne Freaki

Nepomucen. Labirytm American Pale Ale

Nepomucen. Labirytm American Pale Ale

Chwilowo leżę i zbieram zęby. Wrócę do Was za chwilę. Zbieram zęby nie dlatego, że dostałem w mordę za wygląd, czy poglądy. Zbieram zęby, bo szczęka mi spadła na ziemię po pewnym piwie. Naprawdę. Nie sądziłem, że w dobie barrel ajdżd sour and spicy rusian imperial stout, „zwykłe piwo” może zrobić na mnie takie wrażenie. A zrobiło.

Gdzieś na drugim końcu Polski jest sobie miejscowość. Nie duża. Znana z hodowli karpii i tego, że nikt jej nie zna. Miejscowość nazywa się Milicz i w piwnym światku znana jest z jeszcze jednego powodu. Nie daleko mieści się jeszcze mniejsza miejscowość. Miejscowość, przy której szukaniu, mapy gogle pytają: „are you sure?”. Szkaradowo. I wszystko jasne. Srając na google, każdy piwny geek wie, że to tam w garach miesza ekipa Browaru Nepomucen.

Długo opierali się udostępnieniu zabutelkowanych piw na najbardziej żyzną ziemię. Ziemię Koziołka. Ziemię cebularzem usianą. Ziemię, na której rzucając kamieniem w tłum, jest realna szansa, że trafisz w glacę członka „Piwnego Lublina”. Przemogli się, hurtownie poszły w ruch. Na sklepowych półkach pojawiło się kilka ich piw.

Jednym z nich jest „Labirytm”, American Pale Ale uwarzone w kooperacji (razem, wspólnie, dla?) z Zespołem Labirytm. Nie znam zespołu i nie będę o nim pisał. O piwie za to napiszę z chęcią, bo zaskoczony jestem przynajmniej tak mocno, jak znalezieniem prezerwatywy u 13 letniego brata. Brata nie mam, więc sami widzicie, że zaskoczenie jest nie małe.

Przelane do szkła nie zapowiada aż takich wrażeń. Lekko zmętnione złoto, z wysoką, ładną i gęstą pianą. Wszystko cacy, lecz nie to tutaj robi robotę. Pierwsze zaciekawienie przyszło z pierwszym węchem. Coś jak pierwsze miłości przychodzą z pierwszym wąsem pod nosem. Lecz w odróżnieniu do pierwszych miłości, tutaj zawodu nie ma. Odwrotnie wręcz. Cała masa intensywnych cytrusów zmieszana z subtelnym biszkoptem. Gdzieś w tle delikatnie majaczy żywica. Świetny, rześki i naprawdę mocny zapach.

Czułem, że szczęka powoli się luzuje. Nie przypuszczałem, że wypadnie za chwile na glebę i będę musiał szukać nie wyrośniętych „ósemek” pod stołem. A tak właśnie się stało. Wypadła. Opadła, czy co ona tam robi klasycznie. Wiecie co mnie urzekło w tym piwie? Co wybiło mi zęby? Jego lekkość. Pijalność. Mega intensywne, lecz jednocześnie lekkie. Bardzo delikatna słodycz i biszkopt idealnie współpracuje z chmielowym charakterem. Całość wieńczy dość wyraźna, grapefruitowa goryczka. Świetnie. To piwo nie pozwala przestawać się pić. Dobrze, że miałem tylko jedną butelkę. Ale poprawie się. Dziś. W sklepie. O ile mi nie wykupili.

PS. Ostatnim lekkim, jasnym piwem, które zrobiło na mnie takie wrażenie było PanIPAni od Trzech Kumpli. Podobnie świetna robota. Wasze zdrowie.

avatar
Napisane przez

Majk