Jak

Misja to jest w Afryce. Po co opisywać złe piwa?

Misja to jest w Afryce. Po co opisywać złe piwa?

Na czwartym, świdnickim zlocie miłośników pszczół dowiedziałem się, że jeśli chcę być super fajny to muszę wchodzić z czytelnikami w interakcję. Jestem dobrym uczniem, pamiętam jak dziś, że dostałem 4+ z anatomii tasiemca. Stąd dziś taki wpis.

W samym tytule zrobiłem Cię w konia, bo zamysł wpisu jest zupełnie inny. Chcę napisać kilka zdań o tym, dlaczego opisuję ostatnio wyłącznie piwa, którym zarzucić nic nie można. Mało tego, czasem jaram się nimi jak mój syn żelkami Haribo. Na początek nieco faktów. Na ostatnie 20 wpisów, osiemnaście było pozytywnych lub mega pozytywnych. Tyle kwestią statystyk. Oczywiście można tu jeszcze przytaczać suche fakty, jak śmierdzące wieczorem skarpety lub nieład w mojej piwnicy, ale nie do końca taki jest cel. Dlaczego piszę o piwie w większości pozytywnie? Biorę za to kasę? Włażę komuś w dupę? Jestem alkoholikiem i smakuje mi wszystko co wali w łeb? W mniejszych lub większych żartach takie opinie obiły mi się o uszy. Niektóre bezpośrednio dotyczą Szyszuniek kochanych moich, Kororowych. Inne w komentarzach do innych blogów. Tak, tak. Czytam inne blogi. NołLajfy tak mają.

No to jak? Fakturuję browary? Odkładam za to emeryturę w Panamie? Jestem częścią wielkiego, kolesiowskiego układu piwowarów? Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. Piwa piję sporo. Żeńska część mieszkańców mego domu uważa, że dużo za dużo. Lubię piwo. Kocham piwo, jest przesadą. Lubię je. Bardzo. To właśnie słowo lubię jest tu słowem klucz. Lubię dobre piwa. Nie jest tak, że lubię piwa niedobre. Śmieszne? Banalne? Czasem wydaje mi się, że wcale nie takie banalne. Polaki, to ludzie lubiący złe emocje. A mi się to w Polakach nie podoba. Może dorosłem. Może przestałem mieć czas na emocje złe? Wolę pisać o piwach dobrze, niż źle. Po prostu. Wolę proponować Ci piwo dobre, niż przestrzegać przed złym. Nie chcę być jakąś wyrocznią. Jestem raczej ziomkiem, co podpowie: „dobra dupa, ruchable”, nie chcę być ziomkiem co będzie szeptał: „marzenka, jak grypa, każdy ją miał, z dala od niej”.

Bywało to u mnie różnie. Nie mówię, że nie. Były czasy, gdzie myślałem, że mam misję. Misjonarz jakiś. Belfer. Misjonarz to jest w Afryce. Tam to jest misja. A misja w piciu piwa? Brzmi już trochę, jak u obłąkanego. Nie dajmy się zwariować. Obłąkać. Piszemy wciąż o piwie. O czymś, co z założenia jest pozytywne. Ma relaksować. Dawać przyjemność. Ma dawać dobre emocje. Diacetyl, jakieś jabłka zielone, kalafiory, utlenienia, zły kąt przechowywania piw. To za dużo. To powoduje, że ludzie mają nas za zjebów. Sektę jakąś. A i nam psuje relaks. Nie o to w tym chodzi. Nie o to chodzi w piwie. Dobre emocje. Czasem dla beki, czasem dla żartów. Są tu piwa, które wiem, że mi nie posmakują. Ale nie w kanał. Raczej. Chyba. Nie z założenia 😉

Oglądane z dystansu, wkurzyły mnie filmy o Książęcym. To porównanie ich z innymi piwami. Miało być pokazanie, że są piwa lepsze. A odnoszę wrażenie, że wyszło tak, że wielcy znawcy cisną z piw, które dla wielu ludzi są dobre i przynoszą im radość. Może to dlatego, że przyszła wiosna. Wylanie Książęcego do miski mnie zabolało. Po czasie, z dystansu. Nie smakuje mi, to trudno. Nie będzie go na blogu. Nie wiem co na to Miś. Ten od różowych wpisów. Śmieszniejszy ode mnie, lecz blogowo niepłodny niestety. Stąd, różowe wpisy mogą być negatywne. Nie wnikam. Wpisy na czarno negatywne nie będą. Nie powinny. Zakładam, że nie będą.

Jeśli oczekujesz ode mnie misji, to źle. Siwych włosów mi przybywa, zmartwień również. Stąd w piwie będę szukał wyłącznie dobrych emocji. Wam też radzę. O ile mogę Wam radzić. Misja to w Afryce. Dobrego długiego weekendu.

avatar
Napisane przez

Majk