Bez kategorii Dania Imperial IPA Mikkeller Piwne Freaki

Mikkeller. Nuklear HOP Assault. Double IPA

Mikkeller. Nuklear HOP Assault. Double IPA

Dziś o chemicznych eksperymentach. Każdy z nas wrzucał kiedyś dropsa do coca coli(niektórzy wrzucali też dropsy na język). Każdy też puszczał „bączki”. Po grochówce lub też bączki z kapsla i podpalonej saletry. Są też eksperymenty kuchenne, czyli „co się stanie, gdy wrzucę amelinium do mikrofali”, albo eksperymenty społeczne typu „co się stanie gdy zupa będzie za słona”.

Są też eksperymenty, które interesują mnie jako piwożłopa dużo bardziej. Co się stanie, gdy wrzucimy bombę nuklearną do kapelusza albo czy da się nachmielić piwo jeszcze bardziej ekstremalnie niż to, o którym dziś mowa? Udało mi się rozwikłać obie te naukowe zabawy. Złapałem się za malutką buteleczkę piwa zduńskiego browaru Mikkeller. Piwa uwarzonego dla (podobno) legendarnej kapeli.

Etykieta jest groźna i czerwona. Czerwona jak kapsel. Już wizualnie czuć, że coś tu się wydarzy i wszyscy mają nadzieję, że nie jest to atak rozwolnienia po jedzonych od kilku dni kiełbasach. Całe szczęście tony środków na trawienie zrobiło robotę i okazało się, że wydarzy się tu coś ciekawego. Niegastrycznego. Coś, co kryło się w butelce. Coś, co kryło się w złotym, megamętnym i okrytym ładną pianą piwie. A tym czymś, co miało się wydarzyć był chmiel.

Tak potężnej dawki chmielu, to nie widziałem nawet gdy wpisałem w googlach „chmiel”. Mega. Mega intensywnie. Moc cytrusów. Grejpfruity w stu odmianach, jakieś tropiki ala (ma kota) mango. Są też owoce delikatniejsze. Winogron może, liczi jakieś. Wszystko to niczym wspominana bomba w kapeluszu. Rozeszło się po chałupie metodą dyfuzji. Cząstka po cząstce zajęło powietrze. Całe. Nic nie zostało. Nawet gotowana dla dziecka ogórkowa zabrała swe zapachy i poszła daleko. Chmiel. Wszędzie chmiel. Eksplozja chmielu.

Aby zrozumieć co tu zachodzi, trzeba przeczytać etykietę. Szukamy tam znaczka % i obok przeczytujemy liczbę 8. Niemało. Dlaczego o tym piszę? Ostrzegam, bo nie czuć tego za cholerę. Piwo jest pijalne, jak Kubuś Play, choć ten ma mniejszą goryczkę. Dużo mniejszą. Albo inaczej. Dzisiejsze piwo ma goryczkę tak dużą, że może okazać się ona nie do przyjęcia dla większości zjadaczy chleba. Bułek też. Nawet jak zeżrecie butelkę po wspomnianym Play’u to i tak nie ma podejścia do tej goryczki. Z zatyczką niekapką jak zjecie, to też nie to.

Pełne, gęste, soczyste i owocowe. Przy tym pijalne, jak już pisałem. Konsystencja owoców wyciśniętych z owoców. Niesamowicie. Tylko uwaga. Pijcie to piwo jako ostatnie podczas wieczoru. Po nim, nic już nie będzie, cytując klasyka z Podlasia. Nic już nie posmakuje. Piwo to przeora Wam kubki smakowe doszczętnie. Bez kompromisu. Ale jednocześnie delikatnie. Krok po kroku. Jak kobieta wolność. Jak dziecko wolny czas. Stracicie smak, delektując się każdym, smacznym łykiem. Paranoja jakaś. Zaprzeczenie nauki. Świetne piwo.

avatar
Napisane przez

Majk