Piwne Freaki Raduga Session Pale Ale

Lift to the scaffold. Session IPA. Browar Raduga.

Lift to the scaffold. Session IPA. Browar Raduga.

Pracuję w biurowcu. Znam biurowce większe, ale mój jest wystarczający, by winda była w nim trzecim, po kiblu i ekspresie do kawy najważniejszym urządzeniem. Z windą wszyscy żyją dobrze. Mówią jej „dzień dobry” na korytarzu. Nie wycierają wydłubanych z nosa kóz o przyciski poszczególnych pięter. Staropolskie przysłowie mówi: „szanuj windę, to i ona uszanuję Ciebie”. Nie wiem co robię nie tak, ale winda w moim biurowcu mnie nie lubi. Pal licho, że się zacina gdy jestem w środku. Problem w tym, że winda zacina się, gdy jestem w środku z kurierem. Zdarzyło mi się dwa razy, co na sumarycznie dwa zacięcia daje równe jak blat 100% spośród moich windowych zacięć.

Jak wszyscy wiemy, kurierzy to istoty bardzo nerwowe. ADHD zaszczepia się im w momencie przyjęcia do roboty. Dodatkowym smaczkiem jest to, że u mnie w windzie brak jest zasięgu. Taki architektoniczny psikus, że jak wsiadasz do windy, to choćbyś miał najnowszego ultra ajfona, to i tak operator kopnie Cię w dupę. Koniec rozmowy. Wracając do sedna. Nerwowy kurier z ADHD odcięty dodatkowo od możliwości nawijania przez telefon to obraz tyleż śmieszny, co dramatyczny. Zaczyna się od niewinnego „kurwa..”, by po kilku minutach kurier w nerwowych pląsach, wciskał kolejno wszystkie przyciski i darł mordę na Bogu ducha winnego starszego Pana, który siedzi po drugiej stronie windowego połączenia alarmowego (jak to jest zrobione bez zasięgu?). Uwięziony w windzie kurier wygląda jak dziki zwierz zamknięty w klatce. Widok słaby, więc przechodzę do sedna głównego.

Bredzę coś o windach, bo o windzie dziś mowa. O windzie na szafot. Badania pokazują, że 107% Polaków nie ma pojęcia czym jest szafot. Nie uznaję, że jest to ważne, ale powiem Wam. Szafot to takie drewniane pudło, na które ktoś wyłaził po to, by inny ktoś urąbał mu głowę. Jednym słowem taka scena, na której odbywały się egzekucje ścięcia łba. Prawda, że mało interesujące?

Winda? Szafot? What the fuck?

Ano piwo się tak nazywa. Lift to the scaffold. Piwo nie byle jakie. Piwo kozackie. Jako, że mamy luty, to lekką ręką mogę napisać, że najlepszy Session IPA jakie piłem w tym roku. Czy najlepsze ogólnie, to pewnie nie, ale czołówka. Ścisła. Dla tych co mają z takim werdyktem problem, śpieszę z tłumaczeniem. Świetnie pachnie. Grejpfrut, limonka, mango i trochę żywic. Zapach jest dość intensywny, co w lekkich, sesyjnych piwach, nie zdarza się często. Ale prawdziwa frajda zaczyna się wraz z pierwszym łykiem. Co prawda czuć tutaj , że wbrew reklamom żywca piwo robi się ze słodu, nie chmielu, ale i tak to chmiel gra tutaj pierwsze skrzypce. Rześkie, cytrusowe nuty idealnie uzupełniają się ze wspomnianą słodową podbudową. Wysokie wysycenie jeszcze bardziej zwiększa pijalność. Goryczka mogła by być troszkę wyższa, choć mam wrażenie, jest to zabieg celowy. To piwo miało być lekkie i przyjemne. Dokładnie takie jest. Spokojnie wypiłbym kilka sztuk tego piwa jednego wieczoru. Z chęcią. Ze smakiem. A o to chyba w Session IPA chodzi. Wasze zdrówko.

PS. Wygląd. Ktoś może napisać: „Majk, ty stary dziadu. Nie napisałeś nic o wyglądzie piwa”. CRTL+C, CTRL+V i już jest. Złota barwa, lekko zamglone, okryte nie za wysoką, nie za trwałą pianą. O. Tyle. Diabeł tkwi w pijalności i lekkości.

avatar
Napisane przez

Majk