Bez kategorii Imperial Porter Lake Bluff Brewing Company

Lake Bluff Brewing Co. czyli z ziemi Illinoińskiej do Polski

Lake Bluff Brewing Co. czyli z ziemi Illinoińskiej do Polski

Jakiś czas temu zasiliłem Wasze jaźnie informacją o zaimportowanym do mnie piwie z okolic niewielkiej miejscowości w stanie Illinois nieopodal Chicago. Mieszka tam stosunkowo mało osób, a ci ludzie, którzy zdecydowali się tam osiedlić, tak zatęsknili za oceanem, że zamiast przeprowadzić się na wybrzeże postanowili wykopać sobie niewielki zbiornik pod blokiem. Tak powstało jezioro Michigan.

Jako, że w USA mają rozmach to także w miejscowościach wielkości Kukuryk z lubelskiego, bądź Jęczydołów z zachodniopomorskiego znaleźć możemy brew puby warzące coś, co warto przemycać przez ocean. Jednym z piw był opisywany przeze mnie pod poniższym linkiem stout: http://kororoweszyszki.pl/lake-bluff-brew-co-black-squirrel-bourbon-stout/ Owo piwo było bardzo fajne i także warte podejmowania ryzyka przemytu. Drugim zaś był imperialny porter. 

To co dziś mam w szkle jest Porterem, ale nie byle jakim. Tak jak Jarosław Kaczyński nie jest byle jakim politykiem. To czym ja dysponuję to Velvet Hammer Imperial Vanilla Porter. W skrócie: VHIVP. Czy ten skrót także nie kojarzy się z prezesem? (Very HIV Person)? Przypadeg? Nie sązę. Geneza tego skrótu jest inna dla p. prezesa, a inna dla piwa na którym skupię się w tym tekście. 

Piwo jest leżakowane z wanilią madagaskarską. Dla tych, którzy nie potrafią odczytać wyrazów tak długich jak madagaskarska powiem, że jest to wanilia z madagaskaru. Po pierwszym zaciągnięciu czuć śmietankę, która szybko przemija i przechodzi w kawę z mlekiem tak delikatną jak pryknięcie prezydentowej Kwaśniewskiej po bezie z pączkiem. Zaraz po tym pojawia się mleczna czekolada, która pasuje tu idealnie. 

Barwa piwa jest ciemna i nieprzejrzysta jak amerykańskie plantacje bawełny w XVIII w. Próżno szukać tu rubinowych przebłysków nawet przy dnie szkła. Jest czarno i tak ma pozostać, ale w niczym to nie przeszkadza. 

Piana i nagazowanie pomimo przelewania z kranu do butelki, kilkunastotysięcznokilometrowej (orient – kolejne długie słowo!) podróży oraz sześciotygodniowym leżakowaniu w piwnicy pełnej płodów rolnych jest idealna. Mam wrażenie, że gdybym pił je prosto z kranu mogłoby być zbyt mocno nagazowane. 

Jednak jak mówią na wejściu do Cocomo Club „płacisz za rypanie, a nie za wjazd”, tak w piwie płaci się za smak, a nie cokolwiek innego. Powiem tylko, że jeśli jakikolwiek anioł nasrałby mi do kieliszka to tak właśnie musiałoby to smakować. Niebiańsko. Mamy tu delikatną kawę z mlekiem, przechodzącą w coraz bardziej śmietankową stronę smaku. Na końcu pojawia się likier alkoholowy o smaku waniliowym, który  spaja całość w wytrawny i niezalegający finisz. Wszystko to dość szybko przemija jak ekskluzywna prostytutka, która zrobi swoje i opuści lokal tylnym wyjściem pozostawiając jedynie cudowne wspomnienia. I ultrafioletowe ślady na zasłonach. Tego piwa nie ma się dość, bo pomimo tak wielu doznań smakowych i aromatycznych nie jest zalegające, ani przytłaczające. Jedyne czego znów żałuję to faktu, że do Illinois czeka mnie podróż z co najmniej jedną przesiadką, a to już dla mnie stanowczo za daleko. 

SONY DSC

 

Browar: Lake Bluff Brewing Company

Styl: Imperial Porter

Wysokość ekstraktu: –

Zawartość alkoholu: 9,4%

IBU: 26

Barwa: Ciemnie, nieprzejrzyste

Temperatura: 12 st. C.

Cena: 20 USD

avatar
Napisane przez

Misio Kororowy