Doctor Brew Piwne Freaki Spółdzielczy

Kotwiczne. Wheat Wine od Browar Spółdzielczy & Doctor Brew

Kotwiczne. Wheat Wine od Browar Spółdzielczy & Doctor Brew

Piw dostaję sporo. W samym 2015 roku dostałem ich ze trzy. W czternastym było tego ze dwie sztuki. Widzicie zatem, że prawdziwy ze mnie spec od dostawania piwnych podarków. Mam fajnego listonosza. Za każdym razem jak wręcza mi paczkę, to żegna się okrzykiem: „ku chwale Ojczyzny”. Nie wiem czemu to robi. Na Macierewicza mi nie wygląda. Łysym narodowcem też raczej nie jest. Fajny z niego chłop. Mimo, że mu polar potem śmierdzi, to wzbudza on moją sympatię.

O sympatii piszę celowo. To co przyszło w paczce potem również nie śmierdziało, lecz od pierwszego rzutu okiem sympatię wzbudziło we mnie ogromną. Na butelce wybite jest czarno na białym. TRZY DZIE ŚCI BLG. Napis ten wzbudził we mnie wykwit radości na twarzy. DWA NA ŚCIE % alk, wzbudziło przerażenie. Potwór. Kozak. Mocarz.

Wheat Wine, to nic innego jak nieślubne dziecko Barley Wine z pszenicą. Dlaczego akurat z pszenicą? Ano dlatego, że to ona stanowi tu większą część zasypu. Zasypu? WTF? Zasyp to nic innego, jak całe to zboże, co wsypujemy je do kotła by nawarzyć piwa. Zboże w postaci słodu. I nie my wsypujemy, a piwowarzy. Tak skrótowo. Bez wczuwania się w piwną teorię.

Aby, w garach „nabulgotało” się 30 Blg ekstraktu początkowego (miało być bez wczuty), piwowar musi spędzić przy garnku mnóstwo czasu. Tak, tak drogie Panie. Żony. Wasze rosoły, schabowe, czy nawet flaczki, to nic jest. Mówimy tu o dobie, czy więcej nawet. Dobie z machaniem łychą przy garach. Już za to należy się szacunek.

I szacunek jest. Wysoki. Duży, jak mój brzuch. Co ważniejsze od mego brzucha, po przelaniu do szkła szacunek tylko rośnie. Piwo przelewa się jak miód. Jest gęste. Lepkie, oleiste. Widok piękny. Widok porównywalny do pobudki obok pięknej modelki, po grubym melanżu. Ja osobiście po grubym melanżu częściej budziłem się obok brzydkiej brzyduli, niż pięknej modelki (nie liczymy Staszka, do niczego nie doszło). Dlatego szacunek do piwa tym większy. Miód. Miód w szkle. Coś pięknego.

Wiecie dlaczego miód przy tym trunku jest w czarnej dupie? Ano dlatego, że Kotwiczne Wheat Wine pachnie dużo ładniej. Słodkie, dojrzałe owoce, kwiaty, zboża, melasa, czy cukier trzcinowy. Wszystko spina się cienką nicią alkoholowej woni. Alkoholu szlachetnego, wyczuwalnego mocno, lecz w żaden sposób nie odpychającego. Świetnie się to wącha. Polecam.

Wąchanie to jedno. Szczęście zaczyna się dopiero w ustach (jakkolwiek by to nie zabrzmiało). Piwo jest gęste. Wykleja każdy zakamarek ust. Nawet jak jesteś świeżo po dentyście i wypełniłeś wszystkie dziury, to i tak piwo coś znajdzie. Wśliźnie się. Zaklei. Wspaniałe uczucie. Aksamit na języku. Piwo za swoją fakturę zgarnia ode mnie mega szacun. A to dopiero początek, bo to aksamitne cudo ma swój smak. Pierwszy akcent, to lekkie biszkopty, kwiatowość. To sielanka trwa tylko chwilę, bo na język wchodzi już karmel z bardzo intensywnymi owocami. Dojrzałymi, jak kobieta w menopauzie. Słodkimi. Czuć tu lekkie akcenty drożdżowe i chlebowe, ale nie oszukujmy się. To słodycz gra tu pierwsze skrzypce. To słodycz jest Piotrem Zielińskim tego piwa. Słodycz rozdaje tu karty. Całość kontrowana jest wcale nie niską, ziołową goryczką. Po każdym łyku, podniebienie rozgrzewa miły w odczuciu alkohol. Grzejący. Czuć każdy milimetr jego drogi do żołądka. Świetne uczucie. Piwo ma moc i nie wstydzi się tego pokazać. Pokazuje to na każdym kroku. Wielki ukłon dla ekip Browaru Spółdzielczego i Doctor Brew. Nie mogę się doczekać, aż piwo to trafi na sklepowe półki. Powtórzę je. Na pewno. Może w piwnicy? 🙂

avatar
Napisane przez

Majk