Barley Wine Doctor Brew Piwne Freaki

Doctor Brew. 27,5 Bourbon Barrel Aged Barley Wine.

Doctor Brew. 27,5 Bourbon Barrel Aged Barley Wine.

Ilość mocnych piw doktorów wypuszczonych w tym roku sprawiła, że wszystko już mi się popieprzyło. Co z czym. Jak i gdzie. W czym poleżane. Ile leżane. Ekstrakty, alkohole. Style. Ehh. Za dużo tego. No, ale dziś napiszę o rodzynku. Dziś o piwie, z którym lizałem się dobre dwie godziny. Nigdy z niczym, ani z nikim się tak długo nie lizałem. Po dwóch godzinach nogi mi się ugięły. Od balastu pod sufitem, ale i od wrażeń.

Na wstępie. Nie gadajmy o pieniądzach. Nie płaciłem za to piwo. Myślę, że wydany hajs nie miałby większego wpływu na to co piszę niżej. Mam wrażenie, że wydany hajs nakręciłby mnie bardziej pozytywie na odbiór tegoż. Musnąłem lekko temat ekskluzywności, więc napiszę o niej kilka zdań. Etykieta ma fakturę jak moja tapeta w sypialni. Wierzcie, że żona hajsu na tapetę nie skąpiła. Do dziś odwracam wzrok, by się nie wkurzać. Od tapety wzrok odwracam. Nie od żony. Gruby, aksamitny papier. Pozłacane, tłoczone czcionki 3D. Wszystko to do spóły z lakiem na kapslu i szlachecką pieczęcią na laku robi ogromne wrażenie. Jakby doktory dodali do tego jakąś obłą, wypucowaną butelkę, to było by git na dwie setki procent. Nie dodali. Jest git na procent prawie sto.

Pisałem o dwugodzinnym lizaniu się z piwem. Do całości czasu dodajmy jeszcze z 20 minut. To czas spędzony na bluzganiu i tłuczeniu nożem w szyjkę butli. Nie jest łatwo obić szyjkę z laku przy wytężonym śledzeniu fabuły „Na wspólnej”. Bez śledzenia fabuły pewnie też łatwo nie jest. Ciężka sprawa, ale nie zrażony wlałem bohatera do szkła. Miedziane, mocno zmętnione piwo. Piany tyle, co trzeźwości na godzinę po degustacji. Ładnie to wygląda, ale nie oszukujmy się. Oczy się już napatrzyły na opakowanie. Teraz dajmy uciechę panu nosu.

Beczka. To musiała być ona. Piwo trochę już w niej poleżało. Wanilia. Lekki kokos i w każdym wdechu delikatnie winne aromaty. Dołożyć do tego trzeba wszystko co od słodów. Karmel i pieczone ciasto. Są owoce. Ciemne. Dojrzałe. W tle majaczy ziołowość. Wszystko to kręci się w nosie. Jak na karuzeli. Z każdym łykiem karuzela jedzie szybciej. I szybciej. Piwo się ogrzewa. Waniliowa słodycz dostaje dodatkowe doładowanie. Kolejnym kopem dla nosa jest alkohol. Szlachetny. Bourbon? Pewnie tak, ale i dwanaście procent. Piwo ma świetnie ułożony alkohol. Świetnie się to wącha, a nie samym wąchaniem przecież człowiek żyje.

Pierwszy łyk, to ekstaza. Może piłem za mało piw tej klasy, ale to co poczułem w ustach rozłożyło mnie na łopaty. Sprawy takie jak oleistość, lepkość i gęstość tego piwa to rzecz pewna przy tym ekstrakcie. Tak tu właśnie jest. Piwo zaskakuje mnie jednak tym, że nie jest zwyczajnie słodkie. Ono jest mega waniliowe. Może nawet kokosowe? Migdałowe? Takie klimaty. Słodyczy też tu oczywiście jest od groma. Każdy łyk, to odczucie, jakby mi aksamit do gardła wpływał. Skoro jesteśmy przy gardle. Czuć w nim alkohol. Z każdym łykiem on bardziej grzeje. Nie jest to nic natrętnego, ale pijąc to piwo czułem, że nie trzaskam oranżadki z synem. Niskie nasycenie piwa upewniło mnie w tym jeszcze bardziej. Piwo jest prawie płaskie, co jeszcze potęguje poczucie aksamitności i oleistości.

Świetnie spędzone dwie godziny. Naprawdę każdy łyk to przyjemność dla ciała. Czy warto wydać na to piwo pieniądz powyżej czterech dych? O tym niech każdy decyduje sam, jednak to piwo sprawiło mi więcej frajdy niż butelka wina w podobnej cenie. Dodatkowo kupione z kimś na pół już całkiem nie przerażająca kwota. Kraftopijcy to ludzie, którzy wydają i tak za dużo za piwo. Jesteśmy już i tak straceni dla społeczeństwa, więc jak się bawić, to się bawić 😉

baner-wpis

 

_dsc0209

avatar
Napisane przez

Majk

  • dzudo-honor

    Piwo zaprawdę znakomite, trzy razy piłem i zdania nie zmienię, ale jeśli chodzi o kosmos w tym stylu i to jeszcze BA to jest jedno, które kładzie Doktorów dwa razy na łopatki i jeszcze zakłada dźwignię – Lost Abbey The Angels Share – Bourbon Barrel. To piwo, te monstrum to taki kubeł zimnej wody – cobyśmy nie popadli w samouwielbienie z naszego kraftu i motywuje do pogoni za Hameryką. p.s. a i cenowo w przeliczeniu zł/obj. wychodzi niewiele drożej niż rodzime.