American IPA (AIPA) Beartown Bez kategorii

Beavertown (Bobrownia) – ośmobilowa żytnia IPA

Beavertown (Bobrownia) – ośmobilowa żytnia IPA

Cyborium (zwane też puszką) – w Kościółku Katolickim naczynie używanie do przechowywania ważnych rzeczy np. komunikantów lub komunikatów wysyłanych sobie przez wstydliwych ministrantów. Jak więc widzimy do puszki można włożyć stosunkowo ważne rzeczy. Po drugiej stronie barykady o nazwie „ważność tego, co można włożyć do puszki” stoi „lanszmit” czyli mielonka zużytej słomy, gumy, skórki zadeptanych przez mamę prosiątek i ryżu.

Nad nimi wszystkimi króluje jednak puszkowane, craftowe piwo. Właśnie otworzyłem nie najświeższe żytnie IPA z browaru Bobrownia (Beavertown) i jestem zachwycony aromatem i smakiem. Do tego jednak za chwilę dojdziemy.

Sama puszka wygląda jak mały komiks namalowany przez kogoś z zespołem Tourette’a lub kogoś z zespołu „Anal Cunt” (naprawdę taki istnieje…). Dzieje się na niej sporo – od kosmonauty próbującego przez rozbitą szybkę kakakasku napić się piwa, przez kolesia w skafandrze obok zdechłego wieloryba, Adama i Ewę tańczących w rytmie disco, bóstwo z Bobrowni, aż po dwóch ekshibicjonistów pokazujących swoje wacławy do ww. bóstwa. Teraz nawet tańczący w majtkach do muzyki z My Little Pony, ośmioletni grubasek z przeciwległego okna nie robi na mnie żadnego wrażenia.

Wrażenie jednak, jak wspomniałem wyżej, robi na mnie aromat. Nie pamiętam czy, a jeśli już to kiedy, spotkałem się z taką feerią zapachów z butelki. Piwa z kranów mają prawo tak pachnieć, ale coś co obok marchewki i zdechłej myszy leży w piwnicy od blisko trzech m-cy takiego prawa nie ma. A jednak równie nieoczekiwanie co zasiłek dla bezrobotnego pojawia się aromat pomarańczy i wszelkiej maści cytrusów. Dodatkowo niczym delikatne muśnięcie zderzaka przy powolnym parkowaniu pojawia się świetny zapach alkoholowego likieru, po czym szybko znika tak jak my powodując ww. muśnięcie. Próżno tu jednak szukać nut typowych dla piw żytnich.

Tak jak wyrafinowane ślizgi grubaska po świeżo wymytej przez matkę podłodze nie pozostawiają mnie tak zupełnie obojętnym, tak i smak ośmiobilówki zapada w pamięć. Na początku jest wytrawnie, można nawet odnieść wrażenie, że nieco wodniście, ale po chwili z oddali niczym niezapomniane okrzyki „gdzie jest krzyż” powoli, ale coraz głośniej pojawia się goryczka, która przechodzi w cytrusowość, a za chwilę to wszystko zostaje przegnane przez lekko bananowe i delikatne nuty. Ponowna goryczka pojawia się po przełknięciu śliny i pozostaje na końcu języka dość długo, ale więcej ma to wspólnego z miłymi wspomnieniami z wakacji niż z odczuciem rzygowim w ustach po osiemnastym ich płukaniu (if you know what i mean).

Całość piwa uważam za naprawdę udane. Nie wiem na ile to zasługa browaru, a na ile opakowania, ale jako światowej sławy ignoranta gówno mnie to obchodzi. Najważniejsze jest to co dostaję do szkła. Poważniej rzecz biorąc, to zapewne kwestia jednego i drugiego, ale biorąc pod uwagę, że piwo przejechało kilka tysięcy kilometrów z jakiejś Bobrowni w nikomu nie znanym Londynie do światowego centrum handlu ludzkimi organami zwanego Lublinem, gdzie odczekało kilka m-cy, to nie pozostaje mi nic innego jak powidzieć „De ja vu” czyli „Czapki z głów”

P.S. Nie mogę się doczekać, kiedy Polskie crafty będą nalewały swoje piwa w puszki. Lanszmit IPA – ależ to nęci zmysły.

Browar: Beavertown Brewery

Styl: Rye IPA

Wysokość ekstraktu: Podobno ta wartość wyryta jest w jednej z jaskiń pod Chełmem, ale nikt nie odważył się tam zejść.

Zawartość alkoholu: 6,2%

IBU: 65

Barwa: Ciemnozłotwa, jasnomiedziana

Temperatura: 13 st. C

Cena: nie gra roli

 

SONY DSC

avatar
Napisane przez

Misio Kororowy