Artezan Piwne Freaki Porter

Artezan. Rokokoko. Porter z kokosem

Artezan. Rokokoko. Porter z kokosem

Yyyy. Perła, perła, wódka, kiełbasa, perła, wódka, czyli majówki ciąg dalszy. Ale samym grillem i perłą nie wyżyję. Trzeba czasem dziabnąć coś innego. Innego w smaku. Coś o innych oczekiwaniach. Złapałem więc za Rokokoko. Bez większych nadziei, bez większych oczekiwać. Portera mi się chciało. Lekkiego raczej.

Każdy grillownik ma przy sobie IpaGlasa, deskę i aparat. Stąd fota piwa wygląda jak wygląda. Piwo nie posiada piany, jest brunatne, lecz podświetlone czymkolwiek ma lekkie przebłyski. Takie wiecie? Jak przebłyski mądrości Arniego w 13 posterunku. Nie za mocne, ale są. Jakieś tam są i tego się trzymamy.

Piwo nalałem zbyt zimne. To fakt. Ale, jak się trzyma mordę nad grillem od 72 godzin, to wiecie? Zimnego się chce. W pierwszych węchach czuć palone słody, kakao i lekkie waniliowe nuty. Bez szału jakoś, ale pić się chce. Pierwszy łyk. To co w aromacie. Nadal podłogi mną nie zmiata. Mam wrażenie, że zbyt wodniście. Ciała brak.

Postawiłem Rokokoka na blat i zająłem się czymś innym (grilem? nacieraniem karczku? perłą? kolejeczką ze szwagrem?). Wróciwszy po kwadransie dostałem szoku. Dostałem wstrząśnienia nosa. Wstrząśnienia języka. Bounty. Bounty w płynie. Tak jak na zimno kokosa nie było, tak po ogrzaniu (zacnym ogrzaniu), piwo zmienia się całkowicie. W słodkie, kokosowe ciasto. Dosłownie. Jest tu wanilia, czekolada, o kokosie już pisałem. Słodycz „oszukuje” zmysły i piwo zaczęło być pełniejsze, bardziej gęste. No pyszne po prostu, choć więcej jak jednego z rzędu bym nie wypił.

Problem mam. Kupię je jeszcze raz i wypiję ciepłe. Może nawet żonie dam. Kokosa sobie nie wmówiłem. Nie ma opcji. Za mocny. Na ciepło wypiję jeszcze raz. Ciekawe. Zdecydowanie warte spróbowania.

 

avatar
Napisane przez

Majk