AleBrowar Piwne Freaki

AleBrowar przegląd piw

AleBrowar przegląd piw

Dziś mam dla Was lot dość długi, więc polecam wsiadać do Dreamlinera, czy jakiej innej maszyny na wypasie. Dziś przelecimy się nad piwami z AleBrowaru. Przelecimy nad tymi piwami, które możemy dostać leząc w klapkach do najbliższego sklepu z piwem. Każdy kto będzie wymądrzał się, że czegoś tu nie ma dostaje od losu darmowy lot nad brzozami. Uważajcie więc. Kolejność jest logiczna, jak umysł kobiety. Nie doszukujcie się więc za dużo po ułożeniu piw we wpisie.

Be Like Mitch – American Wheat

Do rzeczy więc, bo rzecz jest niesłaba. Przed nami Mitch Jagger, słynny śpiewak dorabiający na lewo w „Słonecznym patrolu”. Mitch, co to by każdy chciał być „be like” nim, to gość namalowany na amerykańskiej pszenicy. American Wheat. Styl taki, co to w nim fajne akcenty pszenicy i zboża jako takiego przeplatają się z owocową rozpierduszką od amerykańskich chmieli. Tu jest dokładnie tak jak napisałem w poprzednim zdaniu. Piwo jest leciutkie, pijalne i rześkie jak poranek nad rzeką. Wiem, nad rzeką można rzucać bluzgami bo zamiast karpi do robaka na haku podpływają ciągle pieprzone kiełbie. Tu bluzgać nie ma po co, bo Be like Mitch nie daje powodów. Rozpierduszka od chmieli jest tu delikatna. Nie zmiecie Ci kubków smakowych pod dywan. Piwo orzeźwi i wywoła Ci banana na twarzy. Tu nie ma się co nie podobać. Tu wszystko jest na miejscu. W lato do picia wiadrami. W zimie ograniczyłbym się do konewek.

sample-00049-214

Amber Boy – American Amber Ale

Jeśli amber znaczy bursztyn, to nazwa jest trafiona jak żelazkiem w dechę. Bursztynowe, zmętnione piwo o wielkiej czapie gęstej i trwałej piany. Przedstawiciel stylu Amber Ale, czyli takiego stylu co to go miłośnicy goryczki nie lubią, poniżają, a gdyby pracowali wspólnie w stolicowej korporacji, to mogliby nawet molestować. Amber Boy charakteryzuje się karmelowymi i chlebowymi nutami. Jest tutaj dość słodko, słodowo. Chmielu jest nie dużo, lecz dopisek Boy ma na celu uzmysłowić, że to piwo jest dla chłopców. A jak dla chłopców, to nie może być wyłącznie karmelowo, ciasteczkowo i sweetaśnie jak na foci robionej przed lustrem w kiblu. W ukryciu przed starymi dodatkowo. Nie. Prawdziwy Boy pyka sobie focie na siłowni, w aucie lub innych typowo męskich miejscach. Na pewno nie w ukryciu przed nikim. A już na pewno nie przed starymi. No, a co to znaczy dla tego bursztynowego piwa? Znaczy to tyle, że jak na styl, to chmielu nie żałowano. Jest tu też chmiel z hameryki. Wnoszący lekką owocowość. I goryczkę większość niż u ziomków nudziarzy. Warto spróbować, bo nudy to tu wcale nie ma.

sample-00038-738

Crazy Mike – Double India Pale Ale

Trzecie piwo w zestawieniu i od razu bomba światowej klasy. Tak tak. Gdyby Crazy Mike nie był malunkiem na etykiecie, a prawdziwym fighterem, to nie byłoby dla niego równych. Może topy topów z hameryki mogłyby podchodzić. Reszta nie. Reszta kładłaby się przed ringiem. Pisze tutaj całościowo.  Szalonemu pięściarzowi zdarzają się w karierze momenty słabsze. Ale jeśli w ogóle, to spadek formy jest nieznaczny i trwa najwyżej okres jednej warki. Całokształtnie jest to wzór pięściarstwa. Imperialnego India Pale Ale również. Piwo nachmielone do granic możliwości. Jednak chmiel Cię nie zabije. Nie zabije Cię, gdyż część jego siły i uwagi skupiona jest na walce ze słodyczą. Z potężnym ekstraktem. Chmiel skupia się na balansowaniu piwa. Dlatego nie obije Ci gęby doszczętnie. Balansowanie idzie mu dobrze, bo równowaga między goryczką, a słodyczą jest tu wzorcowa. I tylko jedna rzecz nie jest tu wzorcowa. Wpływ tego piwa na poranek dnia następnego. Jeśli zapędzisz się w jego pyszności i wypijesz więcej jak sztuki dwie to pamiętaj piwoszu. W tej butelce zamknięto 9 procent alkoholu. To nie są przelewki. Głowa może boleć jak po niejednym prostym wyrwanym pod wiejską dyskoteką. Genialne piwo.

sample-001010-655

Hop Sasa – Polish India Pale Ale

Puławy. Miasto mostu nad Wisłą, śmierdzących kominów i Instytutu. Instytutu Uprawy Naworzenia i Gleboznawstwa. Jako zobligowanego mieszczucha obchodziłoby mnie to tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale jako mieszczucha i  piwnego miłośnika Instytut obchodzi mnie bardziej. Otóż w owym Instytucie o nazwie wiejskiej jak kompost, kombajn, czy żyto wyodrębniono nową odmianę polskiego chmielu. I to w zasadzie tyle w temacie. Możemy go zamknąć i przejść do rzeczy, a rzeczą jest tutaj stara baba. Stara baba odziana w typowo puławskie szaty jest ozdobą kolejnego piwa w moim przeglądzie. Piwo zwie się Hop Sasa i jest piwem chmielonym wyłącznie jedną odmianą chmielu. IUNGa. Od Instytutu. Stykło Ci się już po co ten przygłupi wstęp o Puławach, kominach i Wiśle? Dumni powinniśmy być. My jako Polacy. I my jako Polacy z Lubelszczyzny. Dlaczego rozróżniam jednych i drugich Polaków? Odkąd zabrano nam Radom i wpisano radomskim samochodom WRA na rejestracje, to już nie to samo. Niestety. Wróćmy więc do chmielu. Hodowany na Lubelszczyźnie chmiel pokazuje w tym piwie, że co Polskie też dobre. Fajny, kwiatowo tytoniowy aromat. Z dodatkiem świeżych cytrusowych owoców. Wszystko to zmieszane z ogólnym odczuciem wąchania wiosennej łąki. Całość ukryta w lekkim, złotym i bardzo pijalnym trunku. Trunku, którego każdy łyk darzy nas delikatną, lecz fajnie zaznaczoną goryczką. Typowo sesyjne piwo, do posiedzenia z kumplami nad partią szachów, pornolem, fifką 2017, czy przy czym tam się siedzi z kumplami w dzisiejszych czasach. Fajne, codzienne piwo.

sample-00097-618

Sweet Cow – Milk Stout

O słodka krowo! Wszyscy lubimy się przebierać. Jedni hasają ochoczo w stringach. Znam też takich, co by podnieść jakość życia w sypialni przebierają się za kota, czy Justina Bibera. Ale, żeby przebrać się za krowę? Co to za fetysz znowu? No i widzicie, jak to jest z tymi browarami. Robią oborę na tych swoich etykietach. Do tego robią to dobrze zaciekawiając tym zagubione owieczki. Owieczki od dolnej fermentacji. Spróbuje taka owca piwa, poczuje w nim czekoladę, cukier, kawę i co ona ma myśleć? Zamiast nijakości na jęzorze poczuje fajną aksamitną ciecz. Poczuje jak delikatna kawowa kwaśność balansuje się ze słodyczą od laktozy. Laktoza to taki cukier. Cukier ten ma związek z mlekiem, a mleko z krową. Znów w sposób idealny udało się rozwiązać zagadkę fetyszu na etykietach. Z każdym kolejnym piwem okazuje się, że pomysł na etykiety jest tak genialny, że nie powstydziłby się go nawet Antek ze swoją brzozową rozkminą. Tutaj mamy jeszcze bonus w postaci jakiejkolwiek logiki oraz pysznego piwa. Brawo krowa.

sample-00078-133

Roo Ride – Session IPA

Już każde aborygeńskie dziecko wie, że jak kangur zajebie z prostej nogi, to nie ma przebacz.  Zakładam, że temat Australii i kangurów jest Ci obcy, więc ostrzegam. Piwo to Session IPA, lecz jak nie lubicie goryczki, to wskakujcie na obwodnicę i omińcie produkt szerokim łukiem. Mogę napisać tak z pełnym sumieniem, bo wiem, że większość czytaczy czytających ten tekst goryczkę wręcz kocha. Ubóstwia jak dzieci kinder jajka. Jak laski kupowanie dziwnych i drogich butów. No. Jeśli kochasz goryczkę i myślałeś, że w piwie nic Cię już nie zaskoczy, to się myliłeś. Roo Ride to piwo tak kosmicznie nachmielone, że łeb urywa. Język wyciąga z gęby i wiąże na nim węzeł. Krawatowy. Taki co to go nikt nie umie zawiązać. Wszystko cacy, ale mi nie podeszło do końca. Goryczka jest jakby oderwana od rzeczywistości. Jak politycy. Goryczka jest nieadekwatnie mocna do lekkości piwa. Ja wypiłem je bez większych problemów, lecz piwem sesyjnym, pijalnym raczej bym nie zaryzykował. Ciekawe doświadczenie, lecz w mojej opinii na raz. Aczkolwiek, znając chłopaków z AleBrowaru mogą poprawić recepturę i następna warka będzie dużo lepiej zbalansowana. Sprawdzę to J

sample-00068-108

Last Cut – American Golden Ale

Flagowe piwo wszystkich fryzjerów i golibrodów. Jest precyzyjne jak wymachianie brzytwą. Co z niego zapamietałem? Zapamiętałem z niego ciasteczkowy, biszkoptowo zbożowy początek i szybką, mocną jak cięcie skalpelem goryczkę. Mocną, lecz krótką, nie męczącą wcale. Bardzo przyjemne i orzeźwiające piwo, lecz ma jeden spory minus. Minusem jest zawartośc alkoholu. Liczba zbliżająca się do ośmiu zabija. Jak Hitman. Skrada się do Ciebie, by po trzecim pysznym piwie rzucić Tobą o ziemię. Resztę wieczoru spędzasz oglądając barowy stołek od dołu. Poza tym jednym, więcej minusów nie stwierdzono.

_dsc2445

King of Hop – American Pale Ale

Król hopu, Elvis chmielu. Jak zwał tak zwał, ale wiadomo jest jedno. Jak przychodzi meczyk, Taniec z gwiazdami, czy szesnasta powtórka Władców Pierścieni w TVN, to ja kupuję to piwo. Idealnie nadające się do wypicia na kanapie. Ze smakiem, lecz bez specjalnych węchowo smakowych uniesień. W ogromie zalewających nas nowych piw, to jest jednym z tych, do którego wracam z chęcią. Nie zawodzi mnie. Ma fajny balans między słodkością od słodów, a goryczką od chmieli. Wygląda jak wyglądać powinno piwo. Jest złociste, ma ładną pianę, a bąbelki harcują w nim jak małe japońskie kociaczki. Pije się je naprawdę przyjemnie. Użyto tu amerykańskich chmieli, więc spodziewajcie się tutaj przewagi owocowości nad trawą, czy zielonością. Choć nie powiem, dwie ostatnie cechy, do spółki z ziemistością też się w niektórych warkach pojawiają. Dobre. Lekkie. Fajne.

sample-00059-253

Rowing Jack – India Pale Ale

Dobra. Żarty się kończą. Światła powoli gasną. Małe dzieci idą spać, a my zaczynamy bawić się jak dorośli mężczyźni!! Oczywiście jeśli wyjąłeś ptaszka ze spodni to chowaj go natychmiast, bo ja tu o piwach mocarnych pisał będę, nie o seksie z najwierniejszą nam facetom partnerką. Zacznę pisanie od wiosłującego pirata. Rowing Jacka zwanego w niektórych kręgach symbolem piwnej rewolucji. Jack idzie w pierwszym rzędzie wraz z Pintowym Atakiem chmielu. Idą tak i szerzą nową religię. Religię opartą o chmiel, goryczkę i aromaty amerykańskich chmieli. I tak, jak Pintowy Atak idzie obecnie raczej w stronę słodyczy, tak Rowing Jack jest wciąż piwem o chmielowym charakterze. Goryczka, którą moja babcia określa mianem „gryzienia skórki grejpfruta”. Tony dojrzałych, tropikalnych owoców. Dość niskie nasycenie i pomarańczowa, wpadająca w bursztyn barwa. Całość sprawia, że koło tego piwa nie przechodzi się obojętnie. Jednym z moich marzeń, tuż obok świętego spokoju w domu i Mistrzostwa Świata polskich kopaczy jest napicie się tego piwa wprost z tanka leżakowego. To musi być przeżycie. Zdaję sobie sprawę, że piwa nie muszę nikomu polecać. To marka sama w sobie. Kto jej nie zna ten trąba i radzę mu szybko nadrobić to niedopatrzenie.

sample-00038-999

Black Hope- Black India Pale Ale

Kolejny wariat w zestawieniu. Dla mnie jeden z czołowych przedstawicieli stylu na polskim rynku. We Wszechświecie kosmosem zwanym również. Do kosmosu nawiązało mi się przez przypadek, lecz pewnie gdzieś podświadomie, bo pisane tu jest o czarnej dziurze. Black Hope to Black India Pale Ale. Piwo co to w założeniach ma pachnieć i smakować jak jasna IPA (czytaj Rowing Jack), a my być ciemne jak dupa węża, czy wspomniana już czarna dziura. Tyle teorii, bo w praktyce Cascadian Dark Ale, bo i tak ten styl zamiennie piwne świry nazywają, oferuje nam często dodatki pochodzące od palonych słodów. Mamy tu czekoladowe, czy przypiekane nuty. Goryczka i smak częściej niż w jasnych ipach idą w stronę leśną, czy żywiczną. Całość, w połączeniu z cytrusowymi owocami, grejpfrutem, czy limonką dają prawdziwą bombę smaków i aromatów. Do tego piwo jest ciemne i gęste jak smoła, czym możemy dobrze przyszpanować koleżankom w gimnazjum lub ciotkom na stypie. Tak, czy siak. Świetny przedstawiciel stylu. Jeśli nie masz pojęcia o czym pisałem w tym akapicie, to Black Hope jest pozycją dla Ciebie. Jeśli nie masz pojęcia o czym pisałem, bo sączysz właśnie siódmego Risa i przestajesz widzieć monitor, to pozycją dla Ciebie jest już zdecydowanie pozycja horyzontalna, leżącą zwana.

sample-00047-875

Smoky Joe – Whisky Extra Stout

Co już mi się w mym piwnym hobby wydaje, że bardziej zakręconego piwa już nie spróbuję, to wpadam na wynalazek przy warzeniu którego użyto słodu wędzonego torfem. Aby zrozumieć o czym pisze, musisz kochany czytaczu zabrać w pewne miejsce tablet, telefon, komputer stacjonarny, telewizor, czy na czym tam czytasz ten wpis. Nie, nie. Miejscem tym nie jest kibel, choć sam uwielbiam czytać blogi na kiblu. Pozwalają się skupić na rzeczach ważnych. Nie o kiblu jednak piszę, a o torach. Wsadzasz drogi czytaczu cały ten elektro sprzęt do czytania i jedziesz w okolice dworca kolejowego. Blisko peronów koniecznie. Usadawiasz się, drogi czytaczu tam, gdzie śmierdzi torami najbardziej. Takimi wiecie? Stęchłymi podkładami kolejowymi z domieszką siuśków z pociągu relacji Wawa Kijów. Do tego wszystkiego na wycieczkę zabierasz bandaże z domowej apteczki. Możesz zabrać też pielęgniarkę z pobliskiego szpitala. Pod warunkiem, że ładna. Nudziło się Wam nie będzie. Jeśli nie masz ładnych pielęgniarek w pobliskim szpitalu, to nie martw się. Nudził i tak się nie będziesz. Jeśli nie przejedzie Cię pośpieszny relacji Chełm Bydgoszcz, to jest szansa, że to piwo też Cię nie zabije. A jeśli Cię to piwo nie zabije, to pokochasz je całym sercem. Bo Smoky Joego się albo kocha, albo nienawidzi. Wiesz dlaczego siedzisz jak idiota na środku torów kolejowych cały owinięty w bandaże? Siedzisz tam po to by wydawało Ci się, że to te tory tak zalatują. Będzie Ci się tylko tak wydawało. Bo to nie tory. To Twoje piwo. Tak, tak. To piwo jest pełne mokrych, starych podkładów torowych. Brzydkich aromatów rodem ze szpitala, czy miejskiego szaletu. W tym wypadku całość wzbogacona jest o fajną, mleczną czekoladę i podana w aksamitnym, treściwym płynie. Płynie nisko nasyconym, gładkim. Piwem pysznym, lecz niełatwym. Pamiętaj, by nie było, że nie ostrzegałem.

_dsc2559

Hard Bride – American Barley Wine

Barley Wine jest tuż po Cindy Crowford, czy Samsungiem Galaxy S7 jednym z najczęstszych obiektów westchnień prawdziwych mężczyzn. Wino jęczmienne, bo tak to brzmi w słabym, dosłownym tłumaczeniu. Piwo gęste, bardzo mocne i złożone. To słody grają tutaj główne skrzypce wnosząc do piwa całą gamę zapachów i smaków. Od rodzynkowo słodkich tematów, przez dojrzałe owoce raczej z rodzimego sadu, aż po karmel w swej najsłodszej postaci. Całość doprawiona szlachetnie wyczuwalnych alkoholem. Piwo o bardzo małym wysyceniu, często płaskie jak likier i gęste jak sok z bardzo dojrzałych owoców. Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, lecz by było jeszcze trudniej mówimy dziś o Barley Wine chmielonym mocarnie amerykańskimi odmianami chmielu. Taka właśnie jest „Panna młoda” z AleBrowaru. Dla mnie to piwo jest zbalansowane tak idealnie, że powinni go polewać na kursie pod tytułem „Jak chodzić po linie i nie spaść na ryj”. Wielka słodycz idealnie balansuje się tutaj z równie wielką goryczką. Alkohol balansuje się z dojrzałymi owocami tropikalnymi. Oblepianie ust balansuje się ze łzami, które płyną do oczu. Łzy płyną do oczy, bo żal Ci, że nie kupiłeś kilku butelek tego piwa. Świetnego piwa.

hard

Golden Monk – Saison IPA

Belgowie, to jak wszyscy wiemy prócz Francuzów jeden z bardziej bojowych narodów świata. Jak bardzo wkurzyli się Ci groźni frytożercy, gdy AleBrowar wypuścił na rynek wariację na temat ich klasycznego piwa. Saison, to piwo dla jednych ciekawe i wielowymiarowe, dla innych znów nudne i zbyt przyprawowe. Nie staję po żadnej ze stron barykady, bo i po co. Ja uwielbiam wszystkie dobre piwa. Znów musze wrócić na moment do etykiety, gdyż z ową związana jest trzecia wojna światowa. Pół piwnego światka, zamiast pić piwo i się nim cieszyć, zaczęło doszukiwać się na etykiecie szatańskiej drwiny z religii i Boga. Chodzi oczywiście o mnicha z krzyżem. Ble, ble, ble. Wielbię Boga co niedzielę i za kółkiem w korkach stojąc, ale do głowy by mi nie przyszło zesrać się w internecie za mnicha z krzyżem przy piwie. Wróćmy do samego Golden Monka, bo przecież to o nim piszę ten akapit. Są tutaj belgijskie klimaty drożdżami stworzone. Jest brzoskwinka, są przyprawy i jest lekka ziemistość. Wszystko milusio, ale jest tutaj coś jeszcze. Jest jeszcze bardziej milusio. Jest tu coś nowofalowego. Coś amerykańskiego. W końcu frytkożercy za coś się wkurzyć musieli. Za nazwą Saison, IPA dopisano. By pokazać wszystkim, że chmielu tu nie żałowano. Że nie jest on tylko dodatkiem do drożdży. Nie nie. W tym piwie, chmiel wnosi równie wiele. Ortodoksom się nie spodoba. Całej reszcie jak najbardziej.

_dsc2608

Kończąc. Nie jest tak, że nie szanuję takiej choćby Lady Blanche, czy kolejnych warek świątecznego Saint no More. Każdy kto regularnie czyta Szyszunie wie, że serię Ortodox uwielbiam tak samo jak lanie wody o niczym, czy gadanie o małych dzieciach i ich uczuciach. Nie opisałem tych piw, bo tak jak biadoliłem coś na samym początku chciałem, by wpis był przewodnikiem po piwach z Alebrowarowej stajni, ale takich, które to w kapciach nabyć droga kupna możemy. Nie raz na rok. Nie raz na lata cztery. Na co dzień kupić możemy. Teraz już papaski dla Was, bo i tak za długo się dziś razem bawiliśmy.

focia tytuowa wpisu pochodzi z Fanpejdża AleBrowar Gdynia

avatar
Napisane przez

Majk